Sprawozdanie z lektury: Spektrum, Martyna Raduchowska

W recenzji Łez Mai napisałam, że nie mogłam znieść głównego bohatera, a kiedy na samym końcu pojawiła się Maya, była jak powiew świeżego powietrza. Tym razem całą książkę spędzamy w towarzystwie Mai właśnie. I dalej wolę ją od Reda. Dalej mam też ten sam problem co wcześniej, który sprawia, że ciężko mi być obiektywną.

Czytaj dalej „Sprawozdanie z lektury: Spektrum, Martyna Raduchowska”

Reklamy

Sprawozdanie z lektury: Łzy Mai, Martyna Raduchowska

Dawno, dawno temu, szukając sobie cyberpunkowych książek, natrafiłam na „Czarne światła”. Oczywiście zamiast przeczytać je od razu, zasromotałam się, że co, jak ktoś napisał już coś podobnego do mojego pomysłu i to lepiej? Bałam się więc po książkę sięgnąć, co by się do własnego pisania nie zniechęcić. Nie oceniajcie, dziwnie biegną myśli artystów z zerowym poczuciem własnej wartości. Po latach trochę się ogarnęłam, a „Czarne światła” doczekały się wznowienia pod nowym tytułem i kontynuacji. Przyszła najwyższa pora, by „Łzy Mai” przeczytać.

Czytaj dalej „Sprawozdanie z lektury: Łzy Mai, Martyna Raduchowska”

Sprawozdanie z lektury: „Modyfikowany węgiel”, Richard K. Morgan

Modyfikowanym węglem zainteresowałam się w 2015, przy okazji czytania Neuromancera i szukania cyberpunkowych inspiracji. Niestety nakład był wyczerpany – udało mi się raz wypatrzyć przeceniony drugi tom, ale w końcu go nie kupiłam. Na ratunek przybył Netflix, który postanowił książkę zekranizować, a to oznaczało nie tylko nowy serial do obejrzenia, ale też wznowienia powieści.

Czytaj dalej „Sprawozdanie z lektury: „Modyfikowany węgiel”, Richard K. Morgan”

Miało być o SI, ale wyszło o kobietach

Za długą zrobiłam sobie przerwę między Grafem Zero a Moną Lizą Turbo – w zasadzie całą Trylogię Ciągu najlepiej przeczytać – nomen omen – ciągiem. I odczucia mam mieszane.

IMG_9468

Podobnie jak w Grafie Zero narracja przeskakuje między kilkoma na pierwszy rzut oka niepowiązanymi miejscami/postaciami. Znałam już tę sztuczkę i spokojnie czytałam, czekając, aż wszystko połączy się w jedną całość. Tymczasem strony leciały, działo się niewiele i… mam wrażenie, że trzecia część serii jest znacznie bardziej rozlazła niż poprzednie. Im bliżej końca, tym mniej było treści właściwej, a więcej przepisywania tego samego, ale z perspektywy innej postaci. Nie bardzo wiem, czemu to służyło, bo zbyt wielu nowych informacji w tym nie zawarto. A liczba stron do końca malała i malała, aż zaczynałam odczuwać niepokój, czy się na pewno autor z jakimś sensownym finałem zmieści.

Czytaj dalej „Miało być o SI, ale wyszło o kobietach”

Lutowe lektury

Luty był miesiącem znacznie powolniejszym od stycznia, więc wynik nie jest imponujący – za to jedna z książek przeczytana została w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki na BookLikes. Właśnie startuje edycja marcowa, zapraszam chętnych. neuromancer

Neuromancer, William Gibson – Chciałam cyberpunk. Dostałam cyberpunk. Dostałam go nawet w takim wydaniu, jakiego się spodziewałam i na które miałam nadzieję. Cieszy mnie to, bo Trylogię Ciągu planuję przeczytać w całości. A nawet lepiej, bo się szczerze mówiąc trochę tej książki bałam, głównie przez opinie o trudnym języku. Ale na żaden technologiczno-filozoficzny bełkot się nie natknęłam. Neuromancer napisany jest właśnie bardzo przystępnie jak na pokręcony świat przedstawiony. Po raz kolejny okazuje się, że nie warto przejmować się losowymi opiniami w Internecie, tylko samemu książki spróbować. Ale najpierw trzeba ją znaleźć. A Neuromancer to, jak się okazuje, rarytas i biały kruk. Trzeba po Allegro i antykwariatach szukać, a ceny potrafią być jak za książkę nówkę sztukę! Nic to, załapałam się na piękne wydanie z początku lat dziewięćdziesiątych z literówką z tyłu okładki i paradą błędów w środku. Będę go trzymać, może za parę lat opchnę go za dwa razy tyle, co zapłaciłam. Ale jeśli mam wybierać… co prawda to inny podgatunek, ale jednak wolę niedawno odkrytego Bacigalupiego. Moim zdaniem wykreował znacznie żywsze obrazy, lepsze postaci. I jest lepszy warsztatowo. Neuromancerowi czegoś brakuje – czegoś, dzięki czemu stałby się nie tylko lekturą satysfakcjonującą, ale też niezapomnianą. Miał tylko tyle klimatu, by mnie usatysfakcjonować, zaspokoić moje zainteresowanie cyberpunkiem, ale nie dość, by mnie oczarować i wciągnąć. Pod tym względem Ghost in the Shell wciąż pozostaje niezastąpiony.

Czytaj dalej „Lutowe lektury”