Sprawozdanie czytelnicze: „Prędkość mroku”, Elizabeth Moon

Skoro to, co mówi się o mnie, nie jest prawdą,

to może to, co mówiono mi o normalnych ludziach, także nie jest prawdą.

„Prędkość mroku” to książka dosyć nietypowa – fantastyka z autystycznym głównym bohaterem, Lou Arrendale’em, który musi zadecydować, czy chce pozostać taki jaki jest, czy też poddać się eksperymentalnej kuracji, która uczyni go „normalnym”.

W książce przedstawiono świat, w którym autyzm można wyleczyć już na etapie życia płodowego lub tuż po urodzeniu, co oznacza, że jedyne osoby autystyczne to dorośli po trzydziestce. W związku z tym spotykają się z ciągłą dyskryminacją albo przynajmniej są postrzegani jako inni, dziwni, gorsi. Kiedy więc pojawia się nowa kuracja, która może wyeliminować autyzm u starszych, pojawiają się też naciski, by bohaterowie się tej terapii poddali. W związku z tym jest to momentami książka strasznie ponura i zwyczajnie przykra, bo jakaś część reakcji społeczeństwa na Lou i jego kolegów jest przesadnie niechętna i złośliwa.

Książka ta okazała się dla mnie niezwykle ważna przede wszystkim ze względu na reprezentację. Napisana w pierwszej osobie, doskonale oddaje uczucia, zachowania i sposób myślenia osoby autystycznej (syn autorki jest autystyczny, stąd jej zainteresowanie tym tematem i wiedza). Były takie momenty, kiedy łapałam się na tym, że nikt by nie wpadł na opisanie jakiejś rzeczy – nawet ja bym na to nie wpadła – ale ta rzecz jest właśnie autystyczna i fakt, że widzę przed sobą na papierze coś, co sama bym czuła/zrobiła dał mi dużo ciepłych (i trudnych w sumie też) emocji. Zastanawiam się, jak tę książkę odbierają osoby neurotypowe, bo dla mnie proste słowa w rodzaju „Czasem lubię robić nowe rzeczy” czy scena z wypełnianiem formularza są przesiąknięte wyjątkowymi znaczeniami. Czytając „Prędkość mroku” mogłam powiedzieć, że naprawdę rozumiem, co jest tam napisane.

To też źródło do przemyśleń nad tym, co uważamy za normalne i gdzie leży granica pomiędzy zwykłym odruchem a zachowaniem autystycznym. Wielokrotnie główny bohater zauważa, że jego „normalni” znajomi zachowują się podobnie do niego (np. nie utrzymują kontaktu wzrokowego) i nie jest im to wytykane, ponieważ jako neurotypowi zwyczajnie mogą sobie pozwolić na więcej (mają prawo być zmęczeni, zakłopotani), kiedy autystycznym bohaterom cały czas się coś wytyka wyłącznie ze względu na diagnozę. Plusem jest też odejście od stereotypu aroganckiego geniusza na rzecz osoby inteligentnej, ale bez przesady, a jednocześnie starającej wpisać w przyjęte w społeczeństwie zasady funkcjonowania.

Książka ma jednak parę istotnych wad. Po pierwsze, tempo akcji jest zdecydowanie za wolne. Książka bardzo skupia się przede wszystkim na pokazaniu codzienności Lou. Większość książki zajmuje fabuła z tajemniczym prześladowcą (który tajemnicą jest tylko dla Lou, czytelnik w zasadzie od początku wie, która postać jest sprawcą). Wątek nowej kuracji przewija się zdecydowanie za rzadko i przyspiesza dopiero w samej końcówce, przez co mam wrażenie, że się zbyt gwałtownie urywa.

To się bezpośrednio wiąże z drugim problemem – to tak naprawdę powieść obyczajowa z elementami fantastycznymi. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby te elementy były lepiej wymieszane, tymczasem panuje straszna nieproporcjonalność między obyczajem a fantastyką. Cały czas odczuwałam też dziwną anachroniczność świata przedstawionego. Niby mamy rozwój medycyny i technologii, mamy zmiany klimatyczne, mamy podbój kosmosu… ale po prostu brakuje klimatu science-fiction. Mimo że powieść została wydana w 2002 roku, nie mogę się pozbyć wrażenia, że pochodzi z najgłębszych lat ’90 (paskudna okładka nie pomaga). Przez to momentami czytało mi się ją ciężko, bo choć doceniam wielce tak szczegółową reprezentację autyzmu, to jednak chciałabym czerpać jakąś przyjemność z fantastycznej fabuły.

Osobiście nie przypadło mi też do gustu zakończenie – wydaje mi się, że wiem, co autorka chciała nim przekazać, mi się jednak wydało przygnębiające i nie dało mi tego sensu bycia pokazanym, akceptowanym i rozumianym, co większość powieści. Dalej do końca nie wiem, jak mam interpretować to zakończenie i mnie to niepokoi…

Ostatecznie jednak poleciłabym tę książkę każdemu, kto nie ma siły czytać naukowych opracowań, a chciałby zrozumieć jak myślą, czują i funkcjonują osoby autystyczne. Przynajmniej te tzw. wysokofunkcjonujące (tak, wiem, nie powinno używać się tego określenia), i też nie wszystkie, bo pamiętajmy, że autyzm to spektrum, więc nie istnieje „przepis”, do którego wszyscy będą pasować. Jednak w moim odczuciu Lou wypada bardzo autentycznie i zgadzają się różne drobiazgi, o których niekoniecznie często się wspomina.

Macie tu edukacyjny obrazek o znaczeniu słowa spektrum, źródło niestety nieznane.

 

PS. W książce używa się określenia „normalny” zamiast „neurotypowy”, co w sumie nie jest zarzutem, bo doskonale pasuje do świata przedstawionego i ma sens (tak samo jak terapie nastawione na eliminację autystycznych odruchów i dostosowanie się czy mówienie o wyleczeniu), mimo wszystko jednak negatywny język miejscami zaczynał mnie naprawdę męczyć. Takie ostrzeżenie.


Podoba ci się moja pisanina blogowa lub prozatorska?

Śledź mnie na Facebooku,

obserwuj na Instagramie,

zajrzyj na Twittera.

Chcesz wesprzeć moją twórczość? Grosza daj pisakowi na Ko-fi.

Jedna myśl na temat “Sprawozdanie czytelnicze: „Prędkość mroku”, Elizabeth Moon

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.