Czemu tak ciężko kochać księgarnie i książki jak ziemniaki, czyli parę słów o sentymentach

Wkurzyłam się. Na początku myślałam, że się wkurzyłam, bo David Nicholls mnie obraził, ale zaraz zdałam sobie sprawę, że powód jest zupełnie inny. Otóż łączy mnie z Nichollsem sentyment do księgarń – bo w mieście bez księgarń czegoś brakuje, nieprawdaż? Wkurzyłam się, bo nie wiem, co z tym sentymentem zrobić.

bookstore

Gdy byłam dzieckiem, każda wycieczka do Warszawy musiała obowiązkowo zahaczyć o dwa miejsca. Po pierwsze – McDonald. O tak, długo tego żeśmy na mej ukochanej wsi nie mieli. Włocławek miał wtedy McDonalda, a Płock nie, oburzające! Kto jako dziecko nie musiał jechać do drugiego miasta na cheeseburgera, ten… no dobra, może to niezbyt wzniosłe, ale wtedy to była duża rzecz, ok? Po drugie – Empik na Marszałkowskiej. Trzypiętrowy gigant, książkowa jaskinia. Ludzie siedzący na podłodze i czytający. Czy dziś się to jeszcze robi? Dawno już nie byłam w Empiku, a na pewno zbytnio się w nim nie rozglądałam, nie tak, jak w dzieciństwie, gdy myślałam, że trafiłam do świątyni.

Ale płocki Empik też był w porządku. Mały, ale blisko domu, więc odwiedzałam go bez przerwy. Później zaczęłam chodzić do liceum, obok którego się znajdował. Na parterze miał czasopisma i gry (te wszystkie Baldury i Heroesy… to były dobre czasy), a na piętrze płyty i książki. W sumie niewiele, ale wtedy to nie był jeszcze ten zły Empik, tylko księgarnia. Więcej nawet, kulturalne centrum wszechświata. Kupowałam Pratchetty po 28 zł. Kupowałam mangi. I nie miałam Internetu przed klasą maturalną.

Dziś już tego Empiku nie ma. Na szczęście w jego miejsce powstała inna księgarnia – Diecezjalna im. J.A. Nowowiejskiego. Nie sieciówka, więc pewnie powinniśmy się cieszyć. Za to mam Internet, który błyskawicznie poinformował mnie o śmierci Pratchetta oraz obiecał, że już niedługo kupię mangi po polsku w formie e-booka. Wszystko się zmieniło, pozostały tylko wspomnienia i sentymenty. Co najlepiej widać po tym wpisie, bo miało być o Nichollsonie, a na razie jest o przeszłości.

Wróćmy więc do teraźniejszości. Na Targach Książki w Londynie David Nicholls powiedział parę rzeczy, z których media wyłapały głównie słowo „kradzież”. Cytaty po angielsku znajdziecie w artykule Guardiana, ale ja przytoczę polskie tłumaczenie za serwisem Boolips:

Czułem znajomy smutek, któremu zwykle towarzyszy poczucie winy, bo jest ci przykro, że jakiegoś sklepu już nie ma, jesteś też trochę świadomy tego, że nie kupiłeś tam nic od jakiegoś czasu.

[…] Odkrycie książki na wystawie w zadbanym, pięknie utrzymanym sklepie, trzymanie jej w dłoni, a potem wymknięcie się i kupienie jej w Internecie to naprawdę tylko i wyłącznie dystyngowana forma kradzieży.

Dla wszystkich łatwe i wygodne jest kupowanie przez Internet albo pobieranie cyfrowe, ja jednak wciąż czuję, że w mieście bez księgarń czegoś brakuje. Dorastałem w takim miejscu – jedynymi książkami, jakie można było kupić w moim rodzinnym mieście, były te, które znajdowały się na obracanym stojaku w Woolworths, thrillery Jamesa Hadley’a Chase’a i Alistaira Macleana. Choć jak każdy nastoletni chłopak kochałem Jamesa Herberta, to nie wystarczyło, dlatego też bardzo ważna była dla mnie publiczna biblioteka i dlatego, kiedy w końcu księgarnie pojawiły się w najbliższym mieście, oddział sieci Dillons we wczesnych latach osiemdziesiątych, to było jak raj.

Wkurzyłam się, gdy przeczytałam o „dystyngowanej formie kradzieży” (org. genteel form of shoplifting – warto może powiedzieć, że shoplifting jest jednak jedną z „form kradzieży”, a nie „kradzieżą” rozumianą ogólnie). Tak jak w większość czytelników, zmęczona ciągłym wyzywaniem od złodziei i mend. Ileż można tego wysłuchiwać? Chcemy tylko kupować książki i je czytać. No dobrze, czasem ściągniemy je z Chomika, bo nas nie stać, bo nie są dostępne w innej formie albo chcemy zrobić na złość autorowi, który znów nas wkurzył. Ale powiedzmy, że poszłam do księgarni, wypatrzyłam książkę, a potem kupiłam e-booka, bo tak mi wygodniej, bo tak mi taniej, bo tak chcę. Czy kogoś okradłam? Dlaczego? Dlaczego Nicholls mi to robi? Czy nie chce, bym czytała książki? Czy nie chce, by ludzie czytali jego książki, nieważne, kupione czy pożyczone i gdzie? Tyle frustracji…

bookstore2

Parę lat temu była taka akcja – zamiast kupować w Empiku, lepiej zamawiać bezpośrednio u wydawcy. Dzięki temu zarabia wydawca i autor, a nie „książkowy potwór”, bo wydawca nie musi wtedy czekać na ułamek z twojej kasy pół roku, aż ktoś raczy zapłacić przeterminowaną fakturę. I jest takie jedno wydawnictwo, z którego strony internetowej zamawiam, bo zawsze interesuje mnie więcej niż jedna książka. Nie wiem, czy robię dobrze czy źle, czy to moralne, czy nie. Tak się przyzwyczaiłam i tak robię, w nadziei, że to ma sens, bo moje pieniądze trafiają tam, gdzie chcę. Czy dalej kogoś okradam?

Słowa Nichollsa wkurzają, ale rozumiem, skąd płyną. Spójrzcie na ostatni akapit cytatu. Nicholls wie, jak to jest być dzieckiem, wejść do księgarni i zakochać się, raz, naprawdę, nieodwołalnie. Nicholls gada głupoty, ale myślę, że nie ze złej woli. Po prostu nie potrafi wygrać z sentymentem. Zresztą, czy ktoś z nas potrafi? Zawsze są jakieś lepsze czasy, za którymi tęsknimy. Miejsca, których nie odwiedziliśmy od lat, ale nie potrafimy sobie wyobrazić, by przestały istnieć. Księgarnie i książki, które odmieniły nasze życie.

A w przypadku książek sentyment jest wyjątkowo silny. Słuchałam jakiś czas temu audycji radiowej m. in. o wprowadzeniu jednolitej ceny na nowości książkowe. I padło tak takie stwierdzenie, że książki to nie ziemniaki. Za każdym razem, gdy słyszę coś takiego, chce mi się walić głową w ścianę. Owszem, są książki-szparagi, super książki, ważne książki, ale są też książki-ziemniaki. Wydaje mi się, że jednym z największych problemów świata wydawniczego, problemem zapewne nierozwiązywalnym, jest nieumiejętność znalezienia złotego środka jeśli chodzi o postrzeganie książki. Toczy się nieprzerwana walka między książką jako wyjątkowym przedmiotem czci a kolejnym zwykłym produktem walczącym o naszą uwagę i zapewniającym rozrywkę.

bookstore3

W wizji idealnego świata są tylko książki-szgaragi. Nie ma K. Michalak, nie ma E.L. James, nie ma poradników „jak żyć?” pisanych przez ghostwriterów dla celebrytów. Jest tylko dobra literatura, ambitna literatura, sprzedawana w twardych okładkach w pięknych księgarniach, zajmujących reprezentacyjne lokale w najlepszych dzielnicach miast. Ludzie walą drzwiami i oknami, wykupują całe nakłady, po cenie okładkowej. Internet nie istnieje.

Z drugiej strony mamy świat książek-ziemniaków. Tanich czytadeł, książek byle jakich, tak pod względem treści, jak i formy. Księgarnie upadły, bo nie mogły konkurować z supermarketami. A i tak nikomu nie chce się iść do Lidla po książkę w cenie stosownej dla czegoś wydrukowanego na srajtaśmie, bo można jeszcze takiej zamówić coś z Internetu. A najlepiej ściągnąć.

Nasza rzeczywistość jest oczywiście mieszaniną tych dwóch wizji. Nicholls chciałby żyć w świecie numer jeden, jak pewnie wielu z nas. Ale gdy odrzucimy sentymenty, zrozumiemy, że nie wszystko, co ma nam do zaoferowania świat numer dwa, musi być złe. Jasne, zła literatura zawsze będzie zła, ale lekkie, sympatyczne czytadło kupione, bo kolejka na poczcie była długa, też ma swoje dobre strony (no dalej, pomóżcie mi znaleźć jakiegoś dobrego autora czytadeł, na pewno tacy są). Ktoś, kto może nigdy nie wszedłby to tej strasznej, przytłaczającej księgarni, sięgnie po książkę wyłożoną obok ziemniaków w supermarkecie. Nie chodzi w końcu o to, by ludzie więcej czytali? A Internet? No cóż, jest tu nie od dziś. Są autorzy i wydawcy, a nawet księgarnie, którzy nauczyli się czerpać z niego korzyści.

Nie jestem wkurzona na Nichollsa, nie aż tak bardzo, jak powinnam być. Chcę, by księgarnie istniały, bo przecież wypowiedź autora odnosiła się do informacji o zamknięciu 57 niezależnych księgarni w UK w 2014 r. Chcę, by istniały, choć nie kupuję w nich często. Choć wybieram najczęściej e-booki. Bo nigdy nie dorosłam i chcę zatrzymać ten kawałek magii dzieciństwa, bo sentymenty są silniejsze niż rozsądek. A jednocześnie pogodzę się ze zniknięciem części księgarni, bo jednak nie jestem dzieckiem i za książką widzę cały ciąg przyczynowo-skutkowy w postaci autorów, wydawców, dystrybutorów, drukarni, księgarni, grafików, redaktorów i kurierów. Bo wiem, że nic nie jest łatwe, zwłaszcza gdy mowa o biznesie i pieniądzach. Zgodzę się na konieczne zmiany.

Nie wierzę, by księgarnie miały zupełnie zniknąć. Tak jak nie wierzę, by przestali drukować książki. Tak samo jak nie wierzę, że dobre książki znikną, nieważne ile ton literackich ziemniaków zostanie na nie wysypanych. Wierzę natomiast w koegzystencję różnych form książki i różnych form sprzedaży. Jedne będą lepsze, inne gorsze. Po drodze parę księgarń zniknie z map, a przybędzie e-czytników w komunikacji miejskiej. Przez jakiś czas może nawet będzie gorzej niż lepiej, ale księgarnie wytrzymają wszystkie sztormy. Bo magia nie poddaje się tak łatwo.

I nawet Nicholls w to wierzy, w tym nieprzetłumaczonym fragmencie:

The novelist expressed the hope that the book market would reach “some kind of equilibrium, a kind of peaceful co-existence; the survival, perhaps even the resurgence of books and bookshops alongside the continuing success and evolution of digital forms, a thriving community of readers meeting at festivals and fairs alongside a noisy, opinionated but generally positive and passionate online community.

As a fortune-teller, my qualifications are non-existent, but what I hope for is a thriving, growing passion for marks on the page, whether that page is on paper or a screen.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Czemu tak ciężko kochać księgarnie i książki jak ziemniaki, czyli parę słów o sentymentach

  1. Nie mam sentymentu do księgarń. A to dlatego, że kojarzą mi się z miejscami pełnymi podręczników szkolnych, szczególnie tych do nauki angielskiego (i nie wiem czemu akurat tak) oraz „biblijnych książek” dawanych na I komunię. I wycieczki szkolne nie miały w planach odwiedzania Empiku, a tylko stacji hamburgerowej…
    W moim ukochanym Włocławku Empik był, dla mnie zawsze, bo byłą zbyt mała by pamiętać, ze go nie było. Taki nieduży salon, nieco ściśnięty w środku – a nad nim wielka miejska biblioteka.
    Więc nie mam sentymentów do księgarń, bo w moim domu kupowało się tylko podręczniki szkolne. Koniec, kropka. Jedyne nowe pozycje dostawałam jako nagrody za dobre wyniki w szkole – lektury oczywiście. A gdy byłam młodsza Empik kojarzył mi się z czymś luksusowym, na co mnie nie stać.
    Ale książki mieszkały w innym magicznym miejscu – w bibliotece! I chociaż rodzice nie czytali, siostra z małą częstotliwością, a babcia pochłaniała tylko harlekiny, to ja biegałam do biblioteki często, i brałam ile tylko się dało na raz. Miałam w sumie 3 karty w pewnym momencie życia (moja własna, siostry i mamy), więc wyniosłam z biblioteki plecak książek, a potem szłam jeszcze do dwóch kolejnych.

    To teraz pytanie: skoro mnie nie było stać na książki, i brałam wszystko z biblioteki, to też kradłam?

    1. Odpowiadając na pytanie z końca: wedle przedstawionej logiki – tak. Ale o bibliotekach nawet nie chciałam zaczynać, bo to dodatkowy zestaw problemów.

      1. Ale trzeba brać pod uwagę to, ze UK to zupełnie inna rzeczywistość. W obecnej chwili, aby kupić książkę wystarczy pracować jedną godzinę (najniższa krajowa to 6,5 funta, czyli średnia cena książki w sklepie). Za tyle samo można dostać w promocji nawet 4 e-booki albo pół e-booka/wydania papierowego. Anglia to kraj absurdów, i to co mówi Nicholls wydaje się równie absurdalne.
        Ogólnie kupowanie i wypożyczanie książek to temat rzeka, którego pewnie starczyłoby na dobry doktorat.
        Zawsze uważałam, że to autor jest najważniejszy, ze to on ma zarabiać na książę, więc nie ma znaczenia gdzie kupię jego produkt. Rozumiem też problem zamykania lokalnych księgarń na rzecz sieci super-book-store’ów. Tu gdzie mieszkam jest tylko WHSmith, w którym w zasadzie jest niewiele tytułów. No i są jeszcze półki w dużych sklepach jak ASDA czy TESCO. A po tanie książki chodzę polować do charity shopu ;) Księgarnia jako taka w małej miejscowości nie istnieje, i w zasadzie jedynym dobrym miejscem do kupienia książki jest internet.

  2. Pingback: Jak to japońskie księgarnie wojują z Internetem | Jak napiszę, to będzie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s