Opinie,  Piszę

Pisanie, dysleksja i inne nieszczęścia

Widzicie, gdy byłam dzieckiem, miałam problemy z ortografią. Ponieważ jednak były to lata 90. nie było mowy, by zdiagnozować u mnie dysleksję – w tamtych czasach górowało przekonanie, iż „papierek” dostawały dzieci zwyczajnie głupie i leniwe, a w ogóle to pewnie z patologicznych rodzin, którym po prostu nie chciało się uczyć. A ja przecież takim dzieckiem nie byłam. Ja byłam mądra i z dobrego domu, po prostu musiałam się nauczyć ortografii.

Lista wszystkich nieszczęść

Dlatego też po szkole tata sadzał mnie przy biurku i dyktował dyktanda. Pisałam je godzinami, aż się w końcu nauczyłam zasad ortografii (możliwe też, że po prostu nauczyłam się wyglądu słów na pamięć, ponieważ zawsze miałam pamięć fotograficzną i zdolność myślenia nie tylko słowami, ale też obrazami…). Tylko wiecie, dalej zdarza mi się napisać „mósieć”, ponieważ w mojej głowie słowa „musieć” i „mówić” są w zasadzie tym samym i gdy próbuję napisać jedno, to automatycznie myślę o tym drugim. Także „żeczy” wyglądają dla mojego mózgu całkiem spoko. No ale każdemu może się zdarzyć, prawda? To, że raz na jakiś czas robię jakiś błąd jeszcze o niczym nie świadczy.

Tak jak to, że literki „p”, „b” i „d” to moi wielcy wrogowie. Napisanie słów takich jak „pogoda” czy „podagra” (a może to „pogarda”?) to walka. Radośnie też podmieniam „k” z „j” – jeśli w słowie jest „k” i trzeba dać kreseczkę do góry, to ja napiszę kreseczkę do dołu. No ale to można zamazać korektorem. Poza tym to nie błąd ortograficzny, tylko coś mi się maznęło krzywo. Natomiast moim faworytem wśród popełnianych błędów jest uparte kończenie za pomocą „ch” słów, które powinny kończyć się na „j” czy „m”. „Jadę tym samochodem”? Nope, „jadę tych samochodem”. Czemu? Ni cholery nie wiem. Tak już mam.

Font Dyslexie, zaprojektowany przez Christiana Boera, ułatwiający osobom z dysleksją czytanie i łatwiejsze odróżnianie liter.

Nie zapominajmy też o nierozróżnianiu „r” i „l”, które z wady wymowy przekłada się na pisanie. „Patriarchat”? Niby nie ma w tym słowie żadnego „l”, ale jakbyście zobaczyli wszystkie kombinacje, które potrafię wymyślić, nim uda mi się trafić właściwie… „Paralela”? Czy to słowo mogłoby z łaski swej spłonąć w piekle?

Do tego dochodzi pomijanie literek albo całych sylab w słowach albo zamienianie ich miejscami. Wszystkie końcówki „kcja” to jakaś masakra, wychodzi mi „ckja”, „kja” albo nie wiadomo, co jeszcze (Słowa „dysleksja” chyba ani razu nie napisałam w tej notce poprawnie przy pierwszym podejściu…). Podmieniam nawet całe słowa! I przestawiam kolejność wszystkiego, co się da, a zwłaszcza liczb. Napisane jest „38”? Dla mnie to „83”. Chcesz mi podyktować numer swojego telefonu? Nie ma szans, żebym była w stanie go zapisać. Bo ja liczb zwyczajnie nie widzę i nie słyszę. To są jakieś losowe znaczki na papierze i losowe dźwięki. Muszę się bardzo skupić i wysilić, żeby je prawidłowo odczytać.

Żeby było zabawniej, jako dziecko byłam wysoka, najwyższa w klasie, w związku z czym sadzano mnie w ostatnich ławkach. A że byłam też ślepa, to spisywanie cyferek z tablicy szło mi wyjątkowo opornie. Na lekcjach jeszcze jakoś szło, bo mogłam spisywać z zeszytu koleżanki siedzącej obok, ale na sprawdzianie już się nie dało, bo miała zadania z innej grupy. W którymś momencie nauczycielka w końcu się skapnęła, że coś jest nie tak, i na sprawdziany przesadzała mnie do pierwszej ławki, bym mogła sobie wszystko spisać. Bo żeby było zabawniej, jak już udało mi się ogarnąć, który znaczek to która cyferka, same obliczenia matematyczne szły mi nieźle. Ach, sama oczywiście nie wpadłam na to, by powiedzieć jakiemuś dorosłemu, że nie widzę, co jest na tablicy. Byłam raczej dzieckiem nie sprawiającym kłopotów, a to byłoby przecież zawracanie głowy moim problemem…

Co jeszcze? Ano nieodróżnianie lewej od prawej. Słabo korzysta mi się też z lusterek, jak mam się kierować lusterkiem to uparcie myli mi się góra z dołem i ruch do przodu z ruchem do tyłu. Lateralizacja skrzyżowana – większość ludzi ma dominującą jedną półkulę, a więc stronę ciała, a ja co prawda piszę wyłącznie lewą ręką, ale bardzo dużo rzeczy robię prawą. Na przykład kroję nią nożem i w lewej ręce noża trzymać nie umiem. Jak mam kopnąć piłkę, to też prawą nogą. Kolejna anegdotka z podstawówki: nauczyciel wuefu spytał, kto w klasie jest leworęczny. Były nas ze trzy osoby i ta trójka mogła rzucać do kosza i kozłować lewą ręką. Oczywiście intencje pan miał jak najlepsze i bardzo to doceniam, tyle że dla mnie dużo łatwiejsze było używanie w koszykówce prawej ręki. Zamiast więc mieć ułatwienie, to się dodatkowo męczyłam…

Photo by cottonbro from Pexels

I tak pewnie długo można by jeszcze wchodzić w różne szczegóły, na przykład w moją ogólną niezdarność albo obrzydliwy i nieczytelny charakter pisma – na szczęście teraz wszystko pisze się na komputerach i nikt nie musi na to patrzeć.

Słodka nieświadomość

Potrafiłam jednak pisać dyktanda, w związku z czym diagnozy dysleksji nigdy się nie doczekałam. Za dzieciaka nie przeszkadzało mi to w ogóle, a nawet cieszyłam się, że nie mam „papierka”, bo – jak pamiętamy z początku tej notki – dysleksja była dla dzieci głupich i leniwych. Poza tym ja kochałam pisać. Kochałam czytać. Kochałam opowieści. Od podstawówki zapełniałam zeszyty opowiadaniami, dzielnie walcząc ze swym paskudnym pismem, przekreślając i korektorując błędy. Pamiętam, że w jednym opowiadaniu co chwila powtarzałam „z powrotem”, ponieważ za nic nie potrafiłam zapomnieć, jak to się prawidłowo pisze, a chciałam się tego nauczyć. W związku z czym wyprodukowałam jakieś trzydzieści stron tekstu, gdzie raz jest „z powrotem”, a raz „spowrotem”.

Czytałam też bez przerwy, co zostało mi do dziś, gdyż czytam praktycznie codziennie. Czytam książki, czytam czasopisma, czytam artykuły w Internecie, czytam wpisy w mediach społecznościowych. Bezustannie obcuję z pismem. A mimo to do dziś sylabizuję i czytam wszystko „na głos” w myślach, często poruszając przy tym językiem. Słowa zwyczajnie stawiają mi opór, muszę się dodatkowo na nich skupić, by zrozumieć ich sens. A przez to czytam wolno.

Tyle że bardzo długo mi to nie przeszkadzało. Jako dziecko żyłam w słodkiej nieświadomości. Przecież jakoś sobie radziłam. Pisałam. Czytałam. Robiłam błędy. Pewne rzeczy były trudne, ale zawsze były trudne. A potem zaczęłam dorastać. Poszłam na studia. Co gorsze – zyskałam dostęp do Internetu! I kawałek po kawałku zaczęłam sobie zdawać sprawę, że coś jest nie tak. Że inni czytają szybciej, bo nie sylabizują. Że inni nie mają problemu z zapisaniem/zapamiętaniem długiego ciągu cyfr, nawet jeśli ktoś je szybko dyktuje. Że te błędy, które robię, jednak z czegoś wynikają i coś znaczą.

Tyle że wtedy nic z tym nie zrobiłam. Ot, gdzieś przeczytałam, że to „p”, „b” i „d” jest typowe dla dysleksji. Innym razem koleżanka z polonistyki wyjaśniła mi, że sylabizuję. Kolega zwrócił uwagę na moją wiecznie ruszającą się nogę (co akurat okazało się objawem inntego zaburzenia…). Wiedziałam, że istnieje specjalny font dla dyslektyków, ale z niego nie korzystałam, bo niby po co? Coś mi powoli zaczynało świtać w głowie, ale była to wiedza nieusystematyzowana, nieprzemyślana. Potrzeba było jeszcze kolejnych 10 lat, bym w końcu zdała sobie sprawę, czemu jestem jaka jestem.

Photo by cottonbro from Pexels

Zazdrość

Na początku tego roku ustawiłam sobie wyzwanie czytelnicze na Goodreads na 24 książki. Serwis uprzejmie wyświetlił mi wyzwania moich znajomych, wszyscy złośliwie po 52 książki. I trochę próbowałam udawać, że mi to nie przeszkadza, a trochę jednak obudziła się we mnie zazdrość. Bo oni mogą, a ja nie. Bo czytają szybciej. Bo się nie męczą ze słowami tak jak ja.

Z pisaniem jest jeszcze gorzej. Patrzę na znajomych pisarzy i pisarki i zazdroszczę. Bo piszą ode mnie więcej, szybciej, częściej. A ja? Ja się wystarczająco nie staram. Nie dość próbuję. Nie jestem pracowita, jestem leniwa. I nigdy niczego nie osiągnę.

Tylko czy rzeczywiście tak jest? Czy rzeczywiście mogę pracować ciężej? A co jeśli już zmuszam mój mózg do wysiłku na poziomie 120% i nawet o tym nie wiem? Co jeśli to moje wolne tempo to jest najszybsze możliwe w moim przypadku? Co jeśli już robię wszystko, co mogę?

Pisarka-dyslektyczka

Pisanie jest trudne. Dla wszystkich. Ale gdy ma się dysleksję, dochodzi dodatkowa warstwa utrudnień. Chcę pisać, ale zacinam się na słowach. Próbuję sobie przypomnieć, jak powinny wyglądać, ale jak ich nie zapiszę, program dalej podkreśla, że źle. Muszę guglać. Muszę się cofać i dokładnie przeglądać tekst, by wyłapać te słowa, których program nie podkreślił, znaleźć jak najwięcej błędów. Bo mi zależy, żeby tych błędów nie było – skoro już sobie wybrałam, że chcę w życiu pisać, to mogłabym robić to dobrze.

Tylko czasem jest tak trudno, bo te słowa, które piszę, nie mają żadnego sensu. Nie wiem, jak powinny wyglądać. Jak się powinny łączyć. Zanim ustalę, czy użyć „ż” czy „ó”, zdążę zapomnieć, o czym miał być dany akapit. I się tak strasznie zmęczę, bo to pisanie w ogóle nie przychodzi mi naturalnie, nie jest automatyczne, tylko muszę być cały czas czujna, cały czas się dodatkowo wysilać, znacznie więcej analizować. Muszę jakoś wypchnąć z siebie te wszystkie słowa i się przy tym nie pogubić, ale one mi umykają. Uciekają mi całe sylaby. Wszystko się przestawia kolejnością. Wszystko idzie wolno i opornie.

Mimo to piszę i czytam, bo chcę i lubię. Bo muszę, gdyż wypowiedź pisemna zawsze była dla mnie dużo łatwiejsza niż ustna, jeśli chodzi o zebranie i przekazanie myśli. Bo wolę pisać niż mówić, bo dzięki temu unikam wady wymowy, nierównego oddechu, zacinania się, mogę się spokojnie zastanowić i dokładnie przemyśleć, co chcę przekazać. Pisanie jest moim sposobem na komunikację ze światem. Tylko czasem nie mogę zapanować nad poczuciem żalu, że to musi być takie trudne. Że zużywam na te czynności więcej energii, że wymagają ode mnie więcej skupienia, wysiłku, myślenia. Zazdroszczę, że innym jest łatwiej. Tymczasem mi nigdy nie będzie łatwiej – zawsze będę musiała pracować ciężej, ale osiągać będę i tak mniej.

Shoutout to all the depressed comedians, dyslexic writers and colourblind painters. May irony never defeat us.

I nie należy zapominać, że dysleksja jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Tylko jedną z wielu rzeczy, które utrudniają mi funkcjonowanie…

Po co ta diagnoza?

Można by spytać, co by mi to dało, gdybym dostała jako dziecko diagnozę dysleksji i innych deficytów czy zaburzeń. Może nic. Może te dodatkowe piętnaście minut na sprawdzianach i tyle. Może rzeczywiście byłaby to dla mnie wymówka, by się nie starać. Trudno powiedzieć, może miłość do pisania i czytania jednak by wygrała. Nie wiem, w końcu to były inne czasy. A może coś bym dostała, jakieś wsparcie, terapię, ćwiczenia. W końcu na niewymawianie „r” chodziłam do logopedy (tyle że nic to nie dało, ups). Dziś, gdy wpisuję różne hasła w gugla, wyskakuje masa wyników „twoje dziecko ma problemy?”, „ćwiczenia dla dzieci z dysleksją”, „zdiagnozuj swoje dziecko”. Dla dorosłych ciężej coś znaleźć. Ja już przekroczyłam trzydziestkę, widać można mnie tylko spisać na straty.

Tyle że jako dorosła odczuwam wielki głód papierków. Bo po latach odkrywam, że to jednak dysleksja. Czytam o autyzmie i niespodziewanie okazuje się, że tłumaczy on w moim życiu wszystko. To, że nie słyszę, ale nie jestem głucha? To się nazywa problemy z przetwarzaniem słuchowym. ADD? Zaburzania funkcji wykonawczych? Afazja? Wszystko pasuje! Tylko papierka na to nie mam. Ot, zdiagnozowała się za pomocą gugla, oszustka. Pewnie jest leniwa.

Jednak te osobiste odkrycia i samodzielne grzebanie są dla mnie ważne, bo rzeczy nazwane i wytłumaczone mogą zostać zaakceptowane. Jeśli czytam wolno, bo jestem dyslektyczna, to mogę przestać zazdrościć innym. Bo to nie moja wina. Ja już więcej nic z tym nie mogę zrobić. Jeśli różne moje problemy i deficyty można nazwać i wytłumaczyć, to mogę puścić zadrość i złość na samą siebie oraz cały świat, że wszystko jest takie trudne. Nie jestem leniwa ani bezwartościowa, wręcz przeciwnie, pracuję najciężej jak tylko mogę. Po prostu pewnych rzeczy nie przeskoczę. Rzeczy, które są kompletnie niezależne ode mnie.

Nie mam więc papierków, mam za to dysleksję. Mam też masę innych uprzykrzających życie problemów, ale im więcej się o nich uczę, tym ogólniej czuję się lepiej. Może nawet doczekam się jakiejś diagnozy.


Przykładowy tekst z Wikipedii.

PS. Przy okazji tego wpisu postanowiłam po raz pierwszy w życiu (wcale nie napisałam rzuci, ciii) skorzystać z fontu OpenDyslexic. Jest on dostępny na Kindle. Wiedziałam wcześniej o jego istnieniu, ale nigdy nie próbowałam w nim czytać, bo raz, że dlaczego, ze mną jest wszystko ok, a dwa, że wydawał mi się strasznie szpetny i niemożliwe, by coś tak paskudnego w jakikolwiek sposób mogło mi pomóc.

Odczułam jednak znaczącą różnicę. Magia. Mam wrażenie, że litery stawiają mi mniejszy opór, jakbym była w stanie szybciej przetworzyć, która jest która i w jakiej kolejności się układają. W trakcie czytania nie dopada mnie już uczucie tak głębokiego zmęczenia. Jest mi po prostu lżej. Co prawda dalej sylabizuję i dalej zacinam się na tym, jak niesamowicie brzydko wygląda ten font (zrozumcie, studiowałam edytorstwo, lubię ładne fonty), ale może się przyzwyczaję.

komentarzy 8

  • Iwona

    Chciałam powiedzieć, że niektóre rzeczy tak bardzo do mnie pasują.
    W szkole nie miałam wprawdzie problemów, albo po prostu dobrze zapamiętywałam… ale teraz, na starość, to ja robię tyle błędów i literówek, że wstyd i hańba. I robię to w obu językach, którymi się posługuje (może to coś wyjaśnia, ale nie aż tak, żeby pisać nagle „rzołnież”).

    I ja zawsze zazdroszczę Tobie, jak wyjdzie gdzieś jakieś opowiadanie (Zbyszek, ma miłość!), bo ja nie potrafię kończyć moich tekstów i jestem totalnie beznadziejną pisarką :/ Więc mam nadzieję, że podniesie Cię to na duchu, że niektórzy są gorsi jeszcze bardziej 😀

    Jesteś najlepsza!

  • Wywerna

    Hej, dzięki za tą notkę – daje ciekawą perspektywę, jak wyglądało uświadamianie sobie dysleksji bez wsparcia.
    Moja historia była o tyle „zabawna”, że o ile w podstawówce zdiagnozowano u mnie dysleksję (z całego testu w 2003 r. pamiętam tylko formularz sprawdzający, czy znam zasady ortografii oraz test wiedzy, w którym zdumiałam panią pedagog? psycholog? tym, że mając 11 lat wiedziałam jakie państwa brały udział w III rozbiorze Polski – poprzeczka była nisko) to w gimnazjum polonistka odmówiła uznania zaświadczenia, „no bo za dobrze czytasz – płynnie, szybko!” i z wielkim smutkiem stawiała mi pały z dyktand :')
    Najgorsze, że mnie samą przekonała. Radzę sobie za dobrze, by mieć tą przypadłość! Gazety grzmiały o pladze fałszywych zaświadczeń, skąd miałam wiedzieć, że moje też takie nie jest? Do tego mój tata miał identyczne kłopoty z pisaniem i przestrzenią, i jakoś nauczył się je maskować i sugestie o dysleksji zbywał „oj tam, oj tam”.
    Do diagnozy wróciłam na studiach, i to z czystej frustracji – problemy z ogarnianiem przestrzeni zaczęły mi mocno utrudniać życie (zgubienie się na osiedlu na godzinę, szukając bloku nr 65 gdy w sms-ie od kuzyna miałam zapisane 62, nie polecam), a tempo sporządzania notatek podczas wykładów uwypukliło częstotliwość podmianek liter i słów. W międzyczasie nabawiłam się lęku przed pisaniem czegokolwiek publicznie, no bo grammar police nie śpi i z radością wytknie każdą literówkę. Droga do przełamania tego strachu była trudna i upierdliwa, ale zaowocowała powrotem do pisania (chociaż po drodze była próba pisania po angielsku, bo o ile po polsku jeszcze mam jakąś językową intuicję, to brak ujednoliconej pisowni w ingliszu jest perfekcyjny do solenia minimum 7 literówek na linijkę)

    A cel na goodreads na 2021 ustawiłam sobie ambitny – 45 książek – tylko i wyłącznie dlatego, że zaczęłam słuchać audiobooków, bez tego w najcięższych porywach ambicji byłoby 30.

    • Ag

      Dzięki też za podzielenie się twoją historią!
      Dla mnie szokujące było właśnie takie odkrycie, że to wszystko jest maskowanie, nadrabianie zaległości, różne techniki radzenia sobie – ale problem cały czas jest, tylko gdzieś pod spodem, na co dzień niewidoczny, przez co człowiek sprawia wrażenie, że wszystko z nim ok.

      Czasem piszę jakieś krótkie komentarze w Internecie po angielsku – zawsze się przeraźliwie męczę, bo niby wiem, co chcę napisać, ale pisownia nie ma żadnego sensu…

      Niestety dla mnie audiobooki odpadają przez wspomniane problemy z przetwarzaniem słuchowym.

  • Axoi

    Jestem dyslektyczką, w spektrum autyzmu. Czułam się jabym czytała o sobie – i w komentarzach również – zamienianie numerów, problemy z pisanie, ortografią i innymi rzeczami… jedyny objaw którego nie mam to czytanie – od kiedy nauczyłam się czytać bez wokalizacji jestem w stanie przeczytac kilkaset książek rocznie (mój cel to 200 – i jestem na dobrej drodze do tego w tym roku, a wybieram częściej opasłe tomiszcza), to było moje rozwiązanie. Może spróbuj, uczą tego te śmieszne „kursy szybkiego czytania” ale da się do tego dojść samemu. Wchłaniam całe zdania, po kilka linijek na raz nie mając ich w wokalnej myśli. Swoją drogą spróbowałam użyć open dyslexic – i ona jeszcze bardziej ułatwiła czytanie bez wokalizacji, ale zgadzam się z tym że to paskuda straszna.

    Za to na głos albo gdy wokalizuję nie jestem w stanie przeczytać nawet kilku zdan bez błędów albo zacinania się. Pisząc ten tekst… wszystko było czerwone.

    • Ag

      Z tym OpenDyslexic czyta mi się rzeczywiście płynniej i trochę szybciej. Czasem próbuję takiego wchłaniania całych zdań na raz, ale jakoś straszliwie mnie to męczy, może ja też muszę wolniej, żeby zrozumieć, co czytam? Może mi po prostu mózg wolno działa czy coś.
      Ostatnio próbowałam na głos przeczytać jeden akapit i jak się strasznie zapowietrzyłam… no nie wiedziałam, jak oddychać. :/ Ale też zauważyłam, że jak się stresuję, to tracę kontrolę nad prawidłowym oddychaniem i ogólnie jest mi ciężko mówić.

      Powodzenia z 200 książkami! Super cel. 🙂 Ja realistycznie pewnie przeczytam 30, ale na liście mam 70 (w innym poście wszystkie wymieniłam).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: