Czytelnicze podsumowanie roku

W tym roku przeczytałam 31(33) książki. Liczba w nawiasie dolicza dwa tomy mangi – osobiście wolę komiksy liczyć oddzielnie, bo czyta się je znacznie szybciej. Tak czy siak, udało mi się wygrać moje czytelnicze wyzwanie, zakładające 30 tytułów :)

Jak być może pamiętacie, na początku roku wybrałam 26 książek, które chciałam przeczytać. Patrząc tylko po liczbach, swój zamiar spełniłam. W praktyce jest trochę gorzej – jak się okazuje, nie potrafię trzymać się planu i zawsze jakaś ciekawa pozycja wciśnie się w kolejkę. Ostatecznie zaliczyłam tylko 18 tytułów z listy.

Czytaj dalej „Czytelnicze podsumowanie roku”

Reklamy

Miało być o SI, ale wyszło o kobietach

Za długą zrobiłam sobie przerwę między Grafem Zero a Moną Lizą Turbo – w zasadzie całą Trylogię Ciągu najlepiej przeczytać – nomen omen – ciągiem. I odczucia mam mieszane.

IMG_9468

Podobnie jak w Grafie Zero narracja przeskakuje między kilkoma na pierwszy rzut oka niepowiązanymi miejscami/postaciami. Znałam już tę sztuczkę i spokojnie czytałam, czekając, aż wszystko połączy się w jedną całość. Tymczasem strony leciały, działo się niewiele i… mam wrażenie, że trzecia część serii jest znacznie bardziej rozlazła niż poprzednie. Im bliżej końca, tym mniej było treści właściwej, a więcej przepisywania tego samego, ale z perspektywy innej postaci. Nie bardzo wiem, czemu to służyło, bo zbyt wielu nowych informacji w tym nie zawarto. A liczba stron do końca malała i malała, aż zaczynałam odczuwać niepokój, czy się na pewno autor z jakimś sensownym finałem zmieści.

Czytaj dalej „Miało być o SI, ale wyszło o kobietach”

Lutowe lektury

Luty był miesiącem znacznie powolniejszym od stycznia, więc wynik nie jest imponujący – za to jedna z książek przeczytana została w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki na BookLikes. Właśnie startuje edycja marcowa, zapraszam chętnych. neuromancer

Neuromancer, William Gibson – Chciałam cyberpunk. Dostałam cyberpunk. Dostałam go nawet w takim wydaniu, jakiego się spodziewałam i na które miałam nadzieję. Cieszy mnie to, bo Trylogię Ciągu planuję przeczytać w całości. A nawet lepiej, bo się szczerze mówiąc trochę tej książki bałam, głównie przez opinie o trudnym języku. Ale na żaden technologiczno-filozoficzny bełkot się nie natknęłam. Neuromancer napisany jest właśnie bardzo przystępnie jak na pokręcony świat przedstawiony. Po raz kolejny okazuje się, że nie warto przejmować się losowymi opiniami w Internecie, tylko samemu książki spróbować. Ale najpierw trzeba ją znaleźć. A Neuromancer to, jak się okazuje, rarytas i biały kruk. Trzeba po Allegro i antykwariatach szukać, a ceny potrafią być jak za książkę nówkę sztukę! Nic to, załapałam się na piękne wydanie z początku lat dziewięćdziesiątych z literówką z tyłu okładki i paradą błędów w środku. Będę go trzymać, może za parę lat opchnę go za dwa razy tyle, co zapłaciłam. Ale jeśli mam wybierać… co prawda to inny podgatunek, ale jednak wolę niedawno odkrytego Bacigalupiego. Moim zdaniem wykreował znacznie żywsze obrazy, lepsze postaci. I jest lepszy warsztatowo. Neuromancerowi czegoś brakuje – czegoś, dzięki czemu stałby się nie tylko lekturą satysfakcjonującą, ale też niezapomnianą. Miał tylko tyle klimatu, by mnie usatysfakcjonować, zaspokoić moje zainteresowanie cyberpunkiem, ale nie dość, by mnie oczarować i wciągnąć. Pod tym względem Ghost in the Shell wciąż pozostaje niezastąpiony.

Czytaj dalej „Lutowe lektury”

E-booki, których nie było #6

W ramach czytelniczego wyzwania na tej rok postanowiłam nadrobić klasykę cyberpunku, czyli „Neuromancera” Wiliama Gibsona. A jak już przeczytać jedną, to równie dobrze można wszystkie – Trylogię Ciągu. Jak łatwo się domyślić, „Neuromancera” w e-booku nie znalazłam. Ba, żadnej książki Gibsona nie można kupić w formacie elektronicznym.

Ale żeby było zabawniej, wydanie drukowane też ciężko dostać. W przypadku późniejszych tomów, np. „Mona Lizy Turbo” jeszcze nie jest źle, ale sam „Neuromancer” to już trochę biały kruk, na którego trzeba polować po antykwariatach i Allegro. W lokalnej bibliotece też nie mają. A ostatnie wydanie w 2009 było. Załapałam się w końcu na to piękne wydanie z 1992 r., w którym pierwsza literówka pojawia się już z tyłu okładki, a w środku jest jeszcze gorzej:

Nie lepiej jest z trylogią Richarda K. Morgana – e-booków nie ma, w papierze też nie widzę. Słowem – trudne lektury sobie na ten rok wybrałam.

Szczerze mówiąc, nie przewiduję, by te książki miały się szybko w wydaniu elektronicznym pojawić. Obawiam się, że na długo trafią do wydawniczego limbo i w żadnej formie dostępne nie będą. W ogóle mam takie wrażenie, że „Neuromancer” został troszeczkę zapomniany. Ale na pocieszenie można sobie kupić późniejsze powieści Gibsona – póki nakład i licencja się nie wyczerpią.