Kącik filmowy – Another Earth

anotherearthTo jeden z tych filmów, które wykorzystują konwencję sci-fi, by opowiedzieć o czymś bardzo – że tak się wyrażę – przyziemnym. I robi to świetnie.

Na niebie pojawia się nowa planeta. Wygląda bliźniaczo jak Ziemia – ma te same lądy i oceany. A im bardziej się zbliża, tym więcej podobieństw wychodzi na jaw. Rhoda (Brit Marling), ambitna młoda dziewczyna, prowadząc samochód, wpatruje się w dziwne zjawisko i powoduje wypadek. „Another Earth” („Druga Ziemia”) staje się więc opowieścią o zaczynaniu od nowa, naprawianiu krzywd i – co najważniejsze – zastanawianiu się, co by było gdyby. Bo tu i teraz nie można cofnąć czasu i łatwo uniknąć błędów, trzeba się zmierzyć z konsekwencjami swoich czynów; ale może gdzieś indziej życie jest lepsze. Może mieszkańcy drugiej Ziemi mieli więcej szczęścia? Zakończenie jest świetne – pokazuje nam dokładnie tylko tyle, ile trzeba. Nie odpowiada na pytania, ale daje nadzieję.

To trochę dziwny, specyficzny film, także wizualnie. Niektórym może przeszkadzać, że w sumie niewiele jest w nim ze sci-fi, a więcej z dramatu psychologicznego, a tempo akcji jest powolne. Ja sama spodziewałam się czegoś zupełnie innego, ale opowieść pochłonęła mnie całkowicie i pozostawiła pod olbrzymim wrażeniem. Obejrzyj, jeśli szukać czegoś innego.

 

Reklamy

Kącik filmowy: Snowpiercer

Już po obejrzeniu tego filmu i napisaniu tego tekstu dowiedziałam się, że jest on oparty na komiksie. I to tłumaczy w zasadzie WSZYSTKO na jego temat. Jeśli i ty to rozumiesz, po prostu obejrzyj.

Normalnie nie lubię tego typu filmów – nie lubię filmów, które kreują jakąś antyutopię czy inny fantastyczny świat przyszłości tylko po to, by naparzanki w wykonaniu głównego bohatera miały fajne, sci-fi tło. Tak wykreowane światy mają do to siebie, że zaczynają pruć się w szwach zanim jeszcze zdążymy zapytać: „Ale zaraz, zaraz, jak to właściwie działa?”. Oczywiście nie można wymagać, by twórcy filmu dokładnie przemyśleli każdy szczegół świata przedstawionego, bo wtedy nie powstałaby połowa filmów. Czasem trzeba przymknąć na coś oko lub wziąć na wiarę.

snowpiercer1
Czy Tilda Swinton nie wygląda świetnie?

I właśnie takim filmem jest „Snowpiercer”. Jak to ładnie ujął mój mąż – bezkompromisowym. Tak skupionym na samym sobie, nie trzymającym się żadnych zasad i zawierającym wiele elementów tylko dlatego, że może, iż widz nie ma wyboru – może tylko machnąć ręką na brak sensu i logiki, po czym czerpać przyjemność z oglądania. Bo „Snowpiercer” dziełem wybitnym nie jest, ba! nawet wtórnym, o czym jeszcze za chwilę. Ale pokręcony świat, ciekawe postaci, równe tempo akcji, fajerwerki i niewielka ilość dramy sprawiają, że ogląda się go z wielką przyjemnością.

Jak więc świat przedstawiony wygląda? Ludzkość w ramach walki z globalnym ociepleniem wypuściła do atmosfery substancję, która miała powstrzymać efekt cieplarniany. Substancja zadziałała lepiej, niż ktokolwiek się spodziewał i zamroziła cały świat. Wszyscy zamarzli. Poza grupką szczęśliwców, która skryła się w… pociągu.

Tak, akcja filmu rozgrywa się w pociągu, który w rok okrąża świat, przejeżdżając po torach prowadzących wzdłuż wszystkich kontynentów. Jeździ tak już od 18 lat. Odpuśćmy sobie głupie pytania, dlaczego akurat pociąg, dlaczego nie jakieś schrony, dlaczego tory jeszcze się po tylu latach nie rozsypały (na zewnątrz nikt nie wychodzi). Skupmy się na pociągu jako samowystarczalnej mini-planecie. Jej ludność żyje w brudzie i smrodzie, jedząc bloki proteinowe (lepiej nie wiedzieć, z czego są zrobione) a nad wszystkim czuwa Silnik – Wielki Silnik, Święty Silnik, Błogosławiony Silnik. Ten, kto ma władzę nad silnikiem, ten ma władzę nad światem. Nietrudno się domyślić, co będą chcieli zrobić mieszkańcy końcowych wagonów, żyjący na samym dnie łańcucha pokarmowego.

Film – jak to również pięknie określił mój mąż – jest barokowy. Pełen ozdobników i absurdalnych kreacji. Kara za nieposłuszeństwo musi być więc widowiskowa niczym średniowieczna, publiczna egzekucja. Okrucieństwo musi być całkowite, łącznie ze zjadaniem dzieci. Ciała bohaterów muszą być okaleczone. A z drugiej strony mamy świat bogactwa – przesadzonego, wykrzywionego, absurdalnego, by kontrast był tak bolesny, jak to tylko możliwe. W końcu nadchodzą sceny perełki: wagon pełen siepaczy czy propagandowa lekcja szkolna kojarząca się z „BioShockiem”. Świetne są postaci – Curtis (Chris Evans), główny bohater, prze naprzód, prowadzi rewolucję, ale wydaje się nie do końca przekonany, czego właściwie chce, ciągle ogląda się na innych, chce odkupić dawne winy, ale nie wie, czy podoła zadaniu. Postaci drugoplanowe wyróżniono drobnymi szczegółami: Grey (Luke Pasqualino) nie odzywa się ani słowem, a ciało ma wytatuowane w słowa, ale nigdzie nie jest wytłumaczone, co mu się przydarzyło. Mason (Tilda Swinton) wygląda jak wychudła, lekko szalona emerytowana nauczycielka, a z jej ust wylewają się pochwały na cześć dowodzącego pociągiem Wilforda (Ed Harris) – tak przekonanego o własnym geniuszu, że aż staje się lekkomyślny. Tania, Adrew, Gilliam, Edgar – wszyscy są wyraziści i świetnie wpisują się w dziwaczny świat pociągu.

snowpiercer2
Ze wszystkich plakatów ten jest mój ulubiony.

Jedyny problem, w gruncie rzeczy malutki, polega na tym, że film nie wprowadza nic nowego. Wiem, że wszystko już było, ale stojące za całą akcją idee są tak banalne i przegadane, że gdy dwie postaci na końcu siadają do stołu i tłumaczą, o co chodziło, poczułam się rozczarowana. Twórcy filmu nie próbowali w żaden sposób przetworzyć poruszonych tematów, wyciągnąć z nich czegoś więcej. Film jest więc o tym, że bogaci/lepsi/uprzywilejowani wykorzystują biedniejszych/słabszych, sami pławiąc się w pustych przyjemnościach. Uprzywilejowani tłumaczą się, że nie ma wystarczająco dużo dóbr, by rozdzielić je między wszystkich. W ekosystemie musi być zachowana równowaga, bo tylko w ten sposób ludzkość jako ogół ma szanse przetrwać. Ktoś musi mieć gorzej, ktoś musi wykonywać brudną robotę. Ci na szczycie kierują całą resztą, wszystko jest elementem planu rządzących. Na polskim plakacie znajduje się porównanie filmu do „Matrixa” – chyba słusznie, bo końcowa rozmowa wygląda jak żywcem stamtąd zerżnięta. Jedyną – przynajmniej dla mnie – wartością dodaną był pesymistyczny wydźwięk zakończenia oraz boleśnie ukazana na przykładzie bohaterów zasada, że każdy ma swoje z góry ustalone miejsce w systemie/społeczeństwie i próba przeskoczenia wyżej w hierarchii może się zakończyć tylko źle. Podział musi trwać, równowaga musi być zachowana.

Mimo to „Snowpiercera” ogląda się wyjątkowo dobrze. Wystarczy tylko wsiąść do pociągu i pozwolić, by świat, postaci i historia nas ze sobą porwały. A być może sięgnąć i po komiksowy oryginał, by przekonać się, na ile wierni potrafili być filmowcy.

Kącik filmowy: Pontypool

MV5BMTYyNzUxMzc1MF5BMl5BanBnXkFtZTcwMDE3MDM3Mg@@._V1_SY317_CR5,0,214,317_Mrs. French’s cat is missing. The signs are posted all over town. „Have you seen Honey?” We’ve all seen the posters, but nobody has seen Honey the cat. Nobody. Until last Thursday morning, when Miss Colette Piscine swerved her car to miss Honey the cat as she drove across a bridge. Well this bridge, now slightly damaged, is a bit of a local treasure and even has its own fancy name; Pont de Flaque. Now Collette, that sounds like Culotte. That’s Panty in French. And Piscine means Pool. Panty pool. Flaque also means pool in French, so Colete Piscine, in French Panty Pool, drives over the Pont de Flaque, the Pont de Pool if you will, to avoid hitting Mrs. French’s cat that has been missing in Pontypool.

Akcja „Pontypool” rozgrywa się w całości w jednym pomieszczeniu – siedzibie lokalnej, kanadyjskiej stacji radiowej. Nowy prezenter, Grant Mazzy (Stephen McHattie), denerwuje swoją szefową, Sydney Briar (Lisa Houle), poruszając tematy niekoniecznie odpowiednie dla małego radyjka. Od strony technicznej audycjami opiekuje się Laurel-Ann Drummond (Georgina Reilly), a ze Słonecznego Helikoptera łączy się na prognozy pogody ostatni członek ekipy. A potem coś się wydarza…

Ale tylko w świecie zewnętrznym. W pierwszej połowie filmu ani widz, an bohaterowie, nie wiedzą, co się dzieje. Do radia wydzwaniają słuchacze, ale połączenia zostają przerwane albo relacje nie są jasne. Laurel-Ann nie potrafi znaleźć żadnej pewnej informacji, a w którymś momencie pracownicy radia dochodzą do wniosku, że to może jakiś głupi żart.

„Pontypool” – podobnie jak rosyjski „Paragraf 78”, choć w mniejszym stopniu – jest „filmem o zombie bez zombie”. Zamiast flaków i krwi twórcy postawili na dezinformację, a wielkim finałem nie jest wielka sieczka, lecz szalony słowotok głównego bohatera, próbującego rozgryźć działanie wirusa. Z oczywistych względów nie mogę wyjaśnić, czym ten wirus jest, ale spodobał mi się pomysł twórców filmu, bo jest dosyć niedorzeczny i nie przypominam sobie, bym wcześniej spotkała się z takim rozwiązaniem.

Urok „Pontypool” leży w jego kameralności i nie trzymaniu się utartych schematów. Trzyma w napięciu i niewiele w nim złej dramy jak na tyle dialogów i monologów. Narracja skupiona wokół paru postaci sprawia, że razem z bohaterami musimy poznawać zagrożenie, wiedząc niewiele więcej niż zagubieni w chaosie mieszkańcy kanadyjskiej prowincji. Nieoczywisty sposób rozprzestrzeniania się choroby i pokręcone działanie „leku” wprowadzają dodatkowy element grozy – zagrożenia nie można uniknąć po prostu chowając się z dala od innych. W ogóle groza jest nieoczywista – słyszymy tylko relacje niewidocznych na ekranie postaci, dziwne dźwięki, urywane rozmowy, ale niczego nie widzimy. Tylko słowa w eterze…

I jest na podstawie książki, jak wiele dobrych filmów.

 

PS. Jeśli się nie znudzę i będę miała czas, kącik filmowy będzie się pojawiał w miarę regularnie. W następnym odcinku „Snowpiercer”, co sugeruje, że kącik skupi się na bardzo ogólnie pojętej fantastyce.