Lektury lutego 2017

W tym miesiącu nadrobiłam kolejnego „klasyka”.

Bóg urojony, Richard Dawkins

Jestem szczerze zaskoczona, jak bardzo rozczarowała mnie ta książka. Tym bardziej, ze jako stara ateistka, zasadniczo w większości się z Dawkinsem zgadzam. Mimo to – wynudziła mnie lektura strasznie.

Czytaj dalej „Lektury lutego 2017”

Lektury stycznia 2017

BUM! Z miesięcznym opóźnieniem, ale co tam. Dziś zdecydowanie powiało wiosną, więc wybudziłam się trochę ze snu zimowego. Dlatego dziś będzie podsumowanie stycznia, a jutro podsumowanie lutego. Nie żeby dużo w nich było, bo czytelniczo jakoś ten rok ślamazarnie mi idzie, trochę dlatego, że postanowiłam wrócić do czytania prasy i próba bycia na bieżąco z rzeczywistością zajmuje mi sporo czasu normalnie przeznaczonego na czytanie książek. Poza tym wiadomości z kraju i świata są w kij przygnębiające, więc w ogóle czegokolwiek się odechciewa.

Czytaj dalej „Lektury stycznia 2017”

Czytelnicze podsumowanie roku 2016

Czytelniczo ten rok był naprawdę dobry. Nadrobiłam parę zaległości, na których mi zależało, poznałam paru świetnych autorów. Zaplanowałam sobie 30 książek, przeczytałam 31, jeszcze jedną mam nadzieję dokończyć w grudniu. W sumie przeczytałam w tym roku 10350 stron, nie licząc książek rozgrzebanych, a tych mam z pięć!

Odkryciem numer jeden tego roku jest Jürgen Thorwald. Nigdy nie sądziłam, że opisy dziewiętnastowiecznych operacji mogą być tak wciągające. Thorwald ma cudowny styl, wspaniałe podejście do pacjentów, dar opowiadania. Kocham historię medycyny. Plus w tym roku wyszło całe zatrzęsienie jego książek! Szkoda że zwlekałam z kupnem paru starszych, bo się nakład wyczerpał… gdzieś je pewnie ustrzelę. A przede mną jeszcze historia detektywów – tyle dobra!

Czytaj dalej „Czytelnicze podsumowanie roku 2016”

Lektury października ’16

Na dwa miesiące przed końcem roku udało mi się osiągnąć wyznaczone na 2016 rok wyzwanie – 30 książek. Wspaniale, bo listopad ze względu na NaNo będzie pewnie czytelniczo powolny. ;) Jak widać, był to głównie miesiąc literatury faktu.

Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast, Filip Springer

Najłatwiej byłoby napisać, że młodzi uciekają, że biedno, że straszno i w ogóle małe miasta do niczego się nie nadają. Oczywiście trochę prawdy w tym jest i Springer nie może jej przemilczeć, więc pisze o miastach-sypialniach, miastach weekendowo-świątecznych i o tych, którzy wyjechali, by nigdy nie wrócić. Pisze o nieudanych inwestycjach, braku kultury i szkodach, jakie przynosi umieszczanie wszelkich ważnych instytucji i organów państwowych w Warszawie. Nie pomija rozczarowań i narzekań tych, którzy twierdzą, że po utracie statusu stolicy województwa ich miejscowości zeszły na psy.

Ale na szczęście wcale nie jest to książka ponura, bo Springer potrafił spojrzeć na mniejsze miasta też z innej perspektywy – mianowicie tych, którzy zostali, którym się chce, którzy nie będą narzekać, że kiedyś było lepiej. Pamiętał, że miasta nie biorą się znikąd, lecz tworzą je ludzie. Podróżując przez Polskę prawie wszędzie znajdował ludzi pełnych pasji. Pieką chleb, projektują, szyją skrzydła albo prowadzą kawiarnię. Tworzą sztukę, działają na rzecz lokalnej społeczności, dbają o historię. I robią to u siebie, w rodzinnych miastach, bo je lubią. W końcu Warszawa nie umywa się do Bielsko-białej, Przemyśla czy Zamościa.

Jest to więc obraz Polski bardzo różnorodny, a przy tym słodko-gorzki. Bo nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy likwidacja 49 województw wyszła miastom na dobre czy złe. Springer nie stara się jej zresztą znaleźć, po prostu pokazuje, jak żyją ludzie w Kaliszu, Chełmie czy Sieradzu. I ja z jego opowieści chcę wyciągać głównie pozytywne wnioski – wszędzie może być dobrze.

Miasto Archipelag to nie tylko książka. Więcej zdjęć i artykułów znajdziecie na stronie projektu.

Ceausescu. Pieklo na ziemi, Thomas Kunze

Przyznam, że przed lekturą nie wiedziałam absolutnie niczego na temat Rumunii, a już w szczególności jej historii politycznej. Ale brak kontekstu nie przeszkadza, bo historia o tym, jak banda rządnych władzy, pozbawionych skrupułów kretynów niszczy swój kraj i życia obywateli pozostaje uniwersalna. Czyta się to z narastającym smutkiem, jak to się stało, że zmiana po zmianie politycy coraz bardziej pogarszali sytuację i nikt nie reagował, nikt tego nie powstrzymał. Ale też z odrobiną nadziei, bo obywatele w końcu powiedzieli dość. I to chcę głównie zapamiętać z tej lektury, lud wkraczający do pałaców Ceausescu; choć wcale nie rozwiązało to wielu problemów.

Książka jest jednak dosyć „sucha”. To bardzo systematyczne dzieło z bogatą bibliografią, dlatego jeśli kogoś to nie fascynuje, może poczuć się znudzony szczegółowym omawianiem przetasowań w partii. Sam Ceausescu też pozostaje, jak na głównego bohatera, niedookreślony. Patrzymy na niego z zewnątrz, widzimy co robił, jak zdobywał władzę, co mówił, używając partyjnego bełkotu, ale nie otrzymujemy zbyt głębokiego wglądu w jego myśli. Czemu postępował tak jak postępował? Czy naprawdę był tak oderwany od rzeczywistości jak twierdzi autor? Czy kierował nim wyłącznie oportunizm czy naprawdę chociaż częściowo wierzył w ideologię swojej partii? Zwłaszcza że czasem opisywany jest jako niewykształcony, wredny człowiek nieznający się na niczym i nie potrafiący prowadzić politycznej gry, a innym razem jako bezwzględny, kontrolujący wszystkich, wzbudzający postrach wszechwładca. Pewnie był jednym i drugim. Ceausescu pozostaje trochę niedookreślonym, złym duchem, który zniszczył swój kraj.

Nie mogłam oderwać się od książki. W niespokojnych czasach – lektura trochę ku przestrodze, trochę ku pokrzepieniu ducha.

Wycinek z historii Ceausescu – dosyć na czasie, bo dotyczący zakazu antykoncepcji, aborcji i przymuszania kobiet do rodzenia – znajdziecie w serwisie Ciekawostki Historyczne.

Małe wielkie odkrycia, Steven Johnson

Nie jest to książka ani dobra, ani zła. Ot, przeczytałam ją, poznałam parę ciekawostek. Nigdy przez myśl by mi nie przeszło, że można podnieść całe miasto – budynek po budynku – metr do góry, by położyć kanalizację albo że wielkie bloki lodu z zamarzniętych jezior północy transportowano statkami do Indii. Zawsze miło poczytać o tak niezwykłych przedsięwzięciach, na lekcjach historii pomijanych.

Problem tkwi jednak w stylu tej książki. Cóż z tego, że tematyka ciekawa, skoro każdy rozdział przypomina szkolną rozprawkę. Musi być wstęp, rozwinięcie, zakończenie. A ja dobrze wiem, jak się je pisze – wstęp i zakończenie to właściwie to samo, tylko innymi słowami. I tak jest z tą książką. Autor próbuje udowodnić, że jedno małe odkrycie wpłynęło na szereg kolejnych, że wynalazki nie powstają w próżni, lecz oddziałują na siebie wzajemnie. Na przykład: ponieważ prasa drukarska Gutenberga sprawiła, że ludzie zaczęli więcej czytać, zdali też sobie sprawę, że cierpią na dalekowzroczność i potrzebują okularów, co z kolei zwiększyło zainteresowanie soczewkami i doprowadziło do powstania mikroskopu i tak dalej, i tak dalej… Oczywiście autor ma rację, ale dobrze byłoby, gdyby nie przypominał o czymś, co nazywa „efektem kolibra”, co dziesięć stron. Autor, zamiast skupić się na niezwykłych losach wynalazków i zdać się na inteligencję czytelnika, co chwila powtarza, że chodzi o „efekt kolibra”, że rzeczy są powiązane… tak, autorze, wiemy. Przeczytaliśmy wstęp.

Jest więc powtarzalnie, momentami trochę na siłę autor próbuje podkreślać powiązania, można by to napisać zgrabniej. Przeczytać można, ale pewnie są lepiej napisane tego typu pozycje.

Przegląd analiz złych filmów

Do tej pory przygotowałam cztery zestawienia analiz złej literatury – znajdziecie je wszystkie tutaj. Tym razem zdecydowałam się na coś trochę innego, po części dlatego, że trafiam na coraz mniej analiz do czytania, a po części ze względu na moją nową miłość  – złe filmy.

O ile zła literatura zwyczajnie mnie boli, o tyle złe filmy mają w sobie hipnotyzujący urok. Żenująca gra aktorska, bezsensowny scenariusz, niekompetentny montaż, CGI z piekła plus niesamowite okoliczności powstawania tych filmów tworzą miks, któremu nie potrafię się oprzeć. Ale jeśli myślicie, że mówię tylko o twórczości Michaela Baya albo Adama Sandlera, to wiedzcie, że kopać należy znacznie głębiej. Prawdziwa frajda zaczyna się tam, gdzie ściany lokacji są dosłownie zbudowane z kartonu, w pierwszych pięciu minutach ktoś zostaje zgwałcony, znajomość sztuk walki wśród aktorów jest zatrważająco niska, a jakość dźwięku pozwala zrozumieć ledwo co trzecie zdanie. A biorący udział w powstawaniu tych dzieł są albo bez przerwy pijani, albo uważają się za geniuszy kinematografii – nie ma miejsca na półśrodki. Tutaj gwiazdami są Cameron Mitchell i Robert Z’Dar, a reżyserują Tommy Wiseau, Neil Breen i James Nguyen – twórcy filmów tak złych, że aż dobrych.

Czytaj dalej „Przegląd analiz złych filmów”