Czytam

Nabór i po naborze (Z notatek pisarzyny: marzec ’23)

Nie wierzę, że samo napisanie „Kałuży” zajęło mi pierwsze trzy miesiące tego roku. Nie mam za to najmniejszego problemu z uwierzeniem, że znów kończyłam tekst na ostatnią chwilę… a gdyby nie deadline, to pewnie bym go nie skończyła.

Wielokrotnie zdarzało mi się narzekać, że nie jestem w stanie niczego skończyć bez wyraźnego, nieprzesuwalnego, narzuconego z zewnątrz deadline’u – czemu jednak tak jest? Cóż, zrzucę winę na ADHD. Po prostu nie jestem w stanie zmusić się inaczej do pracy. Mój mózg nie potrafi się po prostu skupić na tak wymagającej czynności jak tworzenie tekstu z własnej, nieprzymuszonej woli. Rozprasza go absolutnie wszystko, no chyba że za swój życiowy cel uzna zapoznanie się z zawiłościami reality show „90 Day fiancé” – wtedy jest się w stanie zajmować tylko tym jednym przez trzy dni… Po prostu potrzebuję nad sobą bata, bo jak go nie ma, to nie wytwarza mi się dość hormonów stresu, żeby ruszyć do walki. ; )

W przypadku „Kałuży” doszło dodatkowo zwątpienie, zniechęcenie i ogólnie chęć rzucenia tym tekstem w kąt. Nie jest tak, że kompletnie mi się nie podoba. Lubię mój pomysł, lubię poszczególne sceny czy fragmenty. Ogólnie z pierwszej połowy, a może nawet 2/3, jestem zadowolona. Dalej jednak… trochę się boję, czy dobrze przedstawiłam kluczowe wątki. Czy relacje między postaciami będą dla czytelnika jasne. Martwi mnie też, że przesadziłam z liczbą elementów, jakichś drobiazgów – słowem: że przekombinowałam. Może ten tekst jest za długi? Może ma za duży rozmach jak na opowiadanie i pozostawi niedosyt, bo za mało tłumaczy, za mało pokazuje? Deadline sprawił jednak, że nie miałam czasu ulec wątpliwościom. Tekst skończyłam, wysłałam na nabór i teraz inni zadecydują, jak wyszło.

Z dobrych wieści mogę zaś powiedzieć, że zauważyłam, że coraz rzadziej blokuję się w trakcie pisania, gdy nie jestem pewna jakiegoś zdania. Po prostu macham ręką i stwierdzam, że kij tam, najwyżej później redaktor każe mi to poprawić. Mam wrażenie, że to zmiana na lepsze, tzn. pomaga mi świadomość, że mogę liczyć na czyjeś wsparcie i ewentualne niedoróbki, niedoskonałości lub błędy zostaną mi wytknięte. Nie muszę pisać idealnie – wystarczy, że naprawdę bardzo, bardzo się staram. Zawsze to trochę mniejsza presja. Plus też jestem bardziej świadoma, gdzie potrzebuję pomocy i chętnie przyjmę sugestie zmian, a co jest „moje” i będę bronić jak niepodległości. Nie wiem, wydaje mi się, że wytworzyłam sobie jakieś w miarę zdrowe podejście do własnych umiejętności i twórczości.

Mam dość naborów

„Kałuża” była pisana pod temat, co samo w sobie mi nie przeszkadza, ale też chwilowo poczułam się zmęczona próbą wstrzelenia się w wymagania… dlatego chciałabym najbliższe parę miesięcy poświęcić tekstom pozakonkursowym. Mam dwa rozgrzebane plus jeden w zamyśle, które chętnie bym zrealizowała. Po swojemu od początku do końca. Mogłabym też w końcu ogarnąć parę zaległych artykułów i wpisów blogowych, przeczytać w końcu te książki, co są mi do nich potrzebne. Tylko że, no właśnie, ta nieszczęsna wspomniana wyżej zasada z deadline’ami… Nie obiecuję więc, że uda mi się te plany zrealizować. Ani że po drodze nie wpadnie jakiś ciekawy nabór, który skusi mnie do złego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *