Piszę

CampNaNoWriMo (Z notatek pisarzyny 04.22)

Ta edycja Campa poszła zupełnie nie po mojej myśli… Jeśli nie macie pojęcia, co to Camp, to jest to taka mini-wersja NaNoWriMo, w trakcie której można sobie ustawić dowolny pisarski cel – nie musi być słynne 50 tysięcy słów. Ja zwykle stawiałam na 10 tysięcy słów. Bo to dosyć mało i można tyle w miesiąc napisać z palcem w dupie, a jednocześnie to dość, by zamknąć np. jedno opowiadanie. I taki zresztą miałam plan: przeczytać fragment “Taksówkarki”, który miałam, poprawić go, dopisać resztę i pyk! W końcu mam gotowe opowiadanie, które chodzi mi po głowie od dłuższego czasu i NAPRAWDĘ chciałabym je skończyć.

Jednak dzień przed startem Campu poszłam na spotkanie z moimi piszącymi znajomymi i jak ostatnia idiotka wspomniałam, że co prawda chcę napisać tę jedną rzecz, ale też do końca kwietnia jest nabór do “Magazynu Biały Kruk” i mam takie pół pomysłu na opowiadanie… mogłabym je pocisnąć, prawda? A “Taksówkarka” żadnego deadline’u przecież nie ma, zdążę się nią zająć później. Usłyszałam, iż owszem, powinnam spróbować zdążyć napisać coś na nabór.

I tu się wszystko posypało – bo w ostatniej chwili zaczęłam pisać zupełnie co innego, niż sobie zaplanowałam. Coś, do czego nie miałam żadnej rozpiski, nie miałam wymyślonego zakończenia i w sumie to nie byłam za bardzo zadowolona z pierwotnego pół-pomysłu. Miałam jednak nadzieję, że uda mi się ten tekst odnaleźć w trakcie jego pisania – że z każdego słowa będzie wyrastać następne, aż ułoży się to w jakiś sens.

Zwłaszcza że postanowiłam na początku pisać wyłącznie goły “szkielet”. W moim przypadku oznacza to zwykle same dialogi – bez opisów postaci, bez przedstawienia miejsca akcji, bez określania emocji… Słowem – bez jakichkolwiek upiększaczy. Czasem do tego dochodzi trochę akcji, ale to też potrafię opisać bardzo ogólnie, żeby tylko zaznaczyć, że tu się coś dzieje. Suchy dialog pisze mi się po prostu najłatwiej, gdy nie mam pojęcia, od czego zacząć, nie mam jeszcze sprecyzowanego “klimatu” tekstu i ogólnie sama nie wiem, o co mi chodzi. Plus to opowiadanie nadawało się idealnie do właśnie takiego podejścia. Tylko że w ten sposób wielu słów się nie nabije.

Dłubałam więc same dialogi, bo postaci miały sobie akurat dużo do powiedzenia, zakładając, że obuduję ten szkielet mięskiem później, jak już trochę bardziej się wczuję we własną historię, a sceny trochę mi się uporządkują i będę wiedziała, gdzie najlepiej dodać który element. Takie pisanie na luzie ma swoje plusy, bo nie trzeba się niczym za bardzo na początek przejmować. Robiłam małe, ale jednak postępy.

I wtedy wszystko posypało się bardziej. Na Wielkanoc na prawie tydzień pojechałam do rodziców i po prostu nie miałam tam atmosfery do pisania. Nie wycisnęłam z siebie nawet jednego słowa. Dalej jednak miałam nadzieję, że po powrocie do domu wezmę się do roboty – nic z tego nie wyszło, bo miałam różne sprawy do załatwienia i nawet się nie obejrzałam, jak przyszedł kolejny piątek i znów wyjeżdżałam na cały weekend. Nie było już szans, żebym dokończyła opowiadanie na nabór w pozostałe sześć dni kwietnia, zwłaszcza że znów zaaferowałam się innymi rzeczami. I nagle zrobił się maj.

Finalnie napisałam więc tylko 2791 z planowanych 10k słów – ani razu nie wyrobiłam też dziennej normy. Możliwe więc, że nawet gdyby nie wyjazdy i inne przeszkadzajki, to był celu nie osiągnęła. Przy czym przegranie Campa nie boli aż tak bardzo, bardziej mi szkoda tego naboru, bo poza nim nie bardzo widzę dla tego opowiadania sens i nie chce mi się kompletnie kontynuować nad nim pracy. Cały kwiecień był więc pisarsko zmarnowany. Teraz bym sobie chętnie zaczęła w końcu pisać “Taksówkarkę”, tak jak od początku planowałam, ale… wskoczył mi kolejny nabór. Kiedyś lubiłam pisać na nabory, ale przyznam, że teraz zaczyna mnie to wkurzać i męczyć. Ale i tak spróbuję coś na niego stworzyć.

Obrazek w nagłówku: Elf-Moondance on Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: