Wydarzenia

Warszawskie Targi Fantastyki, edycja wiosna 2022 – podsumowanie

Na Warszawskich Targach Fantastyki, które odbyły się w dniach 19-20 marca 2022, tym razem nie obsługiwałam stoiska, co oznaczało, że mogłam skupić się przede wszystkim na atrakcjach. Zapraszam na relację!

Sobota

Na WTF-y przybyłam w okolicach 11 rano i jak zawsze przywitała mnie ciągnąca się wzdłuż ulicy kolejka cosplayerów, furry, a czasem nawet zwykłych zjadaczy chleba. 😉 Dzięki akredytacji medialnej nie musiałam jednak czekać zbyt długo na wejście i mogłam rozpocząć zakupy. Widzicie, w zeszłym tygodniu były moje urodziny, a ja szczerze nienawidzę obchodzić urodzin, ale kupić sobie z tej okazji jedną lub dwie ładne rzeczy zawsze można, prawda?

Zakupy

Na targach znaleźć można masę biżuterii, mangowych gadżetów, planszówek i karcianek, pluszaków, świecy, zeszytów, ozdób do domu, ubrań, ksiażek i czego tylko jeszcze można sobie zapragnąć – wszystko oczywiście w fantastycznych klimatach, robione przez małe firmy i rękodzielników, utrzymane w trochę bardziej nietypowych, oryginalnych i alternatywnych klimatach. Ja tym razem miałam jasno wyznaczony cel: chcę biżuterię. Najlepiej pierścionki, najlepiej miedziane. Nie nosiłam pierścionków od jakichś pięciu lat, więc przyszła pora na zmianę. Obeszłam wszystkie stoiska i ostatecznie zdecydowałam się na:

  • Pierścionek-węża od DotArt
  • Pierścionek z oczkiem od Secesyjka
  • Pierścionek oksydowany od Sensitive Barbarian
  • Nausznica od Davagoya (którą zgubiłam następnego dnia, ponieważ jestem głupia i wiecznie dotykam moich włosów, coś poprawiam i grzebię – no i ją przypadkiem zrzuciłam… nawet nie wiecie, jak mnie ta strata boli)

Oczywiście na targach można znaleźć nie tylko biżuterię i nie tylko z miedzi, ale też srebra, złota, kamieni, skóry, kości, części od zegarków… Po prostu ten styl ostatnio szczególnie mi się podoba, mam też miedzianą bransoletkę. Przy okazji dowiedziałam się, że mam wyjątkowo szczupłe palce. Jestem zachwycona wszystkimi moimi nabytkami i na pewno będę wracać do tych sprzedawców.

Poza tym tradycyjnie musiałam odwiedzić stoisko Myst Clothing – to moje ulubione mroczne ciuszki, regularnie dokupuję sobie nowe koszulki lub tuniki. Tym razem padło na oversize bluzę. Czuję się w niej jak milion dolarów, to jeden z moich najlepszych zakupów ubraniowych w ostatnim czasie (dopiero co próbowałam kupić wiosenną kurtkę i była to droga przez mękę…). Poza tym właścicielka jest super sympatyczną osobą, bardzo polecam wam te ubrania!

Myst Clth
Klasyczna samojebka w upierdolonym lustrze. Bluza od Myst Clth.

Autorzy

Zajrzałam też na stoisko Samowydawcy.pl. Wiedziałam, że taka grupa self-publishingowych, wspierających się wzajemnie autorów istnieje, ale nigdy się nimi jakoś specjalnie nie interesowałam. Nie miałam więc pojęcia, jakich mają autorów, jakie książki… postanowiłam więc wybrać coś na próbę. Padło na “Królika w lunaparku” Michała Biardy. Jest to książka dziejąca się współcześnie, ale z fantastycznym elementem i po prostu na coś takiego miałam bardziej ochotę niż klasyczne “pseudośredniowiecze”. Myślę, że wyłamię się od wprowadzonej w tym roku zasady nie pisania recenzji i dam wam znać, co o niej myślę – o ile uznam, że warto.

Potem poszłam na spotkanie autorskie z Michałem Cholewą, który opowiadał o swoim procesie twórczym, inspiracjach i zdradził niecierpliwym czytelnikom, kiedy mniej-więcej spodziewać się kolejnego tomu “Algorytmu wojny”. ; ) Osobiście bardzo podobała mi się uwaga o tym, że deadline działa na Cholewę motywująco, ale w niszczący sposób. I też lubię czytać Thorwalda!

Strefę spotkań z autorami przeniesiono na 3. piętro, gdzie było niewątpliwie najciszej i znajdowały się tam tylko 2-3 stoiska, ale i tak ciągły szum kręcącego się obok tłumu troszkę utrudniał słuchanie. Gdybyście w przyszłości planowali wybrać się na takie spotkanie, polecam usiąść w jednym z pierwszych rzędów! Za to organizatorzy bardzo pilnowali, by nie było żadnych opóźnień i by wszystko przebiegało sprawnie.

Niedziela

Jeśli nie chcecie stać w wielkiej kolejce, czekając na wejście na targi, to radzę wam przyjść w niedzielę – i nie z samego rana. Ja przyjechałam w okolicach 11:00 i kolejki w zasadzie w ogóle nie było. Za to w środku dalej mocno napakowane. Niedziela była dla mnie zdecydowanie gorszym dniem, bo dopadło mnie gorąco. Na WTF-ach niestety większość czasu jest strasznie gorąco, ale wczoraj wyjątkowo ciężko było mi to znieść i musiałam wyjść przed budynek, żeby w końcu złapać trochę powietrza.

Łyżka dziegciu…

Ogólnie bardzo brakowało mi jakiejkolwiek przestrzeni do odpoczynku. Przypomniały mi się jedne z pierwszych edycji WTF-ów, które miały całkiem spory kącik z wielkimi pufami, na których można było sobie usiąść i odpocząć. I tak, wiem, organizatorzy wielokrotnie powtarzali, że to nie jest konwent, że nie przychodzi się na targi, by siedzieć tam cały dzień, ale człowiek chciałby mieć możliwość wyrwania się z tego tłumu, ciasnoty, przepychania, gorąca, duchoty chociaż na chwilę. W trakcie targów nie dało się nawet nigdzie przystanąć, bo wszystko jest przejściem/drogą ewakuacyjną albo od razu tworzył się zator, bo dwójka cosplayerów chciała sobie zrobić zdjęcie i już nie było ich jak wyminąć. To wszystko generowało trochę nieprzyjemną, nerwową atmosferę, która po prostu mnie męczyła. Jedynym miejscem, gdzie mogłam usiąść, były krzesełka pod sceną ze spotkaniami z autorami. A chciałam tylko na pięć minut odłożyć kurtkę (bo szatni ze względów covidowych też nie było), wrzucić zdjęcie na Instagrama i przepakować rzeczy w torbie, żeby wygodniej mi się ją nosiło.

Na targi nie można też było wnosić własnych napojów ani jedzenia. Ok, znowu kwestia pandemii, rozumiem, ale na miejscu można było kupić napoje oraz przekąski… tylko że nie było już gdzie na spokojnie usiąść i wypić/zjeść. Czy miałam z moim croissantem chodzić między stoiskami? Raczej nie. Wyjść na zewnątrz? To już może trzeba było w ogóle nie robić stoisk spożywczych na rzecz miejsca, w którym można by oddychać. Znowu przypomniały mi się starsze edycje, które miały strefę ze stolikami.

Zdaję sobie sprawę, że część tych problemów wynika z zasad covidowych i próby dostosowania imprezy do przepisów oraz zapewnienia uczestnikom bezpieczeństwa, ale ciężko też nie odnieść wrażenia, że liczba sprzedających i kupujących – nawet przy stopniowym wpuszczaniu – przekroczyła po prostu możliwości lokalowe Domu Braci Jabłkowskich. Każde piętro było zapchane po brzegi. Dodatkowo jest to wydarzenie bardzo mocno zdominowane przez cosplayerów, którzy przychodzą nie tylko na zakupy, ale też zwyczajnie się spotkać, porobić zdjęcia, tańczyć… i mam wrażenie, że dla nich też zaczyna brakować przestrzeni.

…w beczce miodu

Tyle jednak marudzenia, a co dobrego? Odwiedziłam stoisko nowopowstałego Wydawnictwa Mięta. Pierwsze premiery planowane są już na maj-czerwiec, kolejne na jesień. Będzie dużo Marty Kisiel, ale nie zabraknie też debiutantów – co mnie bardzo cieszy, bo wiadomo, przebić się niełatwo, a dzięki Mięcie doszła nowa opcja dla początkujących pisarzy. Wydawnictwo zostało zresztą tak zasypane propozycjami, że ma co wydawać przez następne 10 lat… Panie z Mięty sprawiały wrażenie bardzo profesjonalnych, mocno zaangażowanych i pełnych entuzjazmu do pracy, także pozostaje trzymać kciuki za przyszłe sukcesy!

Poszłam też na spotkanie z Agnieszką Hałas. Autorka “Teatru Węży” bardzo ciekawie i szczegółowo opowiadała o początkach swojej pisarskiej przygody w Lublinie, pierwszej wizycie w siedzibie “Nowej Fantastyki” i debiutanckim opowiadaniu w “Feniksie”. Opowiadała także o trudnościach z wydawaniem powieści i jak duże znaczenie dla jej sukcesu miało ich wznowienie w ebookach. Ogólnie świetnie się tego wystąpienia słuchało i przyznam, że Agnieszka Hałas jest na mojej osobistej liście pisarek mi szczególnie bliskich, które w jakimś stopniu podziwiam, trochę zazdroszczę i ogólnie “jak dorosnę to chcę być jak…”. Bardzo się cieszę, że dotarłam na to spotkanie.

Odwiedziłam też stoisko Teatru Muzycznego Proscenium, który w dniach 1-3 kwietnia 2022 będzie wystawiał w Warszawie musical “Little Shop of Horrors”. Można było sobie na nim zrobić zdjęcie z małą i wielgachną krwiożerczą rośliną (ruszała się! Kłapała paszczą!), a także wygrać bilety na występ.

Teatr Muzyczny Proscenium
Little Shop of Horrors

Kupiłam też drugą książkę – i to nie byle jaką! Bo “Kolor śmierci, odcień grobu czyli 50 odcieni morderczej zieleni” Wiktorii Król! Jest to książka o używanych w XIX wieku zielonych pigmentach – bardzo popularnych, używanych w farbach, słodyczach, ubraniach… i bardzo trujących! Spodziewam się po tej lekturze samych dobrych (i pewnie trochę też przerażających) rzeczy. Z tego co rozumiem, nie jest ją łatwo dorwać, wydawnictwo dopiero przygotowuje dodruk, także cieszę się, że ją upolowałam.

Podsumowując

Jak zawsze Warszawskie Targi Fantastyki były okazją do spotkania się z masą ludzi, których dawno nie widziałam, bo albo mieszkamy w innych miastach, albo nie ma innej okazji do spotkania. Dziękuję bardzo wszystkim, z którymi miałam okazję zamienić choćby parę słów – innym pisarzom, wystawcom, blogerom. Jesteście świetni!

W końcu też miałam okazję zrobić większe zakupy! Co prawda trochę mnie boli, że wydałam tyle pieniędzy (i zgubiłam nausznicę…), ale ze względu na urodziny czuję się troszeczkę rozgrzeszona. Lubię też ideę wspierania małych marek, kupowania wyjątkowych rzeczy robionych w pojedynczych egzemplarzach czy małych seriach przez rękodzielników. Jest w nich po prostu coś wyjątkowego… i fantastycznego. 😉 Nie jestem osobą, która jakoś szczególnie zna się modzie i może się pochwalić fajnym stylem, ale dalej mam wrażenie, że na tego typu imprezie łatwiej znaleźć mi coś trafiającego w moje gusta.

Kupiłam też dwie książki – jedną, po którą w innych okolicznościach bym nie sięgnęła i drugą, którą planowałam kupić od pewnego czasu, ale jakoś mi to nie wychodziło. Dużo osób zbierało też autografy od autorów – ja akurat wszystkie książki Hałas mam już podpisane. ; )

Cieszę się też, że wzięłam udział w dwóch spotkaniach autorskich, bo zwykle rzadko chodzę na takie wydarzenia, a są naprawdę interesujące i można się sporo dowiedzieć o swoich ulubionych książkowych seriach.

Minusem była natomiast straszna ciasnota i duchota, to że nie można było nigdzie usiąść ani odpocząć. Dwa dni z rzędu bolała mnie od tego głowa. Ogólnie jednak cieszę się, że kolejny raz udało mi się dotrzeć na tę imprezę i zamierzam ją na pewno znów odwiedzić – o ile uda mi się odłożyć trochę kasy i znaleźć nową wymówkę do jej wydania…

Wszystkie informacje o przeszłych i nadchodzących edycjach znajdziecie na stronie Targów lub fanpage’u.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: