Piszę

Nie rozumiem, czym był ten luty (Z notatek pisarzyny 2.22)

Trochę nie wiem, co wam powiedzieć. Wymyśliłam sobie, że w tym roku zacznę jakoś sensowniej “pisać o pisaniu”, próbować trochę przedstawić mój proces czy inspiracje, wrzucać cytaty. Odpuścić sobie pisanie o przeczytanych książkach, bo zaczęło mnie to męczyć. Skupić się na własnej twórczości. Ogólnie – starać się. Po czym mój plan upadł już w drugim miesiącu. Nie wiem, czemu próbuję walczyć sama ze sobą i robić coś regularnie, skoro od dawna doskonale wiem, że “jak napiszę, to będzie”…

W lutym po prostu większość czasu nie znajdowałam się w stanie psychicznym, by się skupić na pisaniu. A im bliższy stawał się deadline, tym było gorzej, przy czym rosyjska agresja na Ukrainę to tylko jedna, dosyć oczywista przyczyna. Działy się też rzeczy, które przypomniały mi, że nienawidzę zmian, a w obliczu najmniejszego choćby problemu wpadam w absolutną panikę i jestem przekonana, że to koniec wszystkiego, co całkowicie uniemożliwia mi funkcjonowanie. W pracy też przez chwilę zrobiło się nerwowo. Plus jeszcze kwestie osobiste, o których nie będę się rozpisywać, które przeorały mi troszku psychę.

Koniec lutego więc nadszedł, a “opowiadanie bez tytułu” (tak, dalej go nie wymyśliłam), o którym pisałam ostatnio, nie zostało ukończone. Głupi ma jednak szczęście i termin naboru został przesunięty. Co prawda na razie dany mi czas wykorzystuję bardzo opornie, znów czując, że mam jeszcze czas, że się wyrobię w dwa dni, że pod koniec będę miała większą motywację… Tak szczerze to prawdopodobnie mogłabym skończyć to opowiadanie w dosłownie jeden dzień. Po prostu musiałabym usiąść na jakieś, myślę, maksymalnie trzy godziny. Wprowadzić parę poprawek, przepisać może półtora sceny. Tyle co nic. Ale od trzech tygodni po prostu nie jest to wykonalne.

W każdym razie postępy wyglądają tak, jak na poniższym obrazku. Sceny oznaczone na zielono to te gotowe, na żółto – wymagają drobnych poprawek, na czerwono – dużych zmian/przepisania, na biało – jeszcze czekają na przegląd. I wiem, że tytuły scen są trochę dziwne, ale zawsze nazywam je tak, by po jednym słowie móc sobie przypomnieć, o co chodziło. Jak widać, najlepiej sprawdzają się nazwy miejsca akcji albo ew. określenie kto z kim rozmawia. (Tak, tymczasowy tytuł to “Kurwa mać nigdy tego nie napiszę”).

Został mi jeszcze tydzień. Nie wiem, trzymajcie kciuki czy coś.

Obrazek w nagłówku: Elf-Moondance on Pixabay

2 komentarze

  • Iwona

    Ja może nie pisarsko, ale doskonale rozumiem dziwność lutego. Nie umiem się nawet zebrać, żeby napisac jakieś jego podsumowanie, a już minął tydzień marca w zasadzie.
    Ja nie wiem co się dzieję, ale świat jakiś taki surrealistyczny mi się wydaje ostatnio… Ugh. Nie wiem gdzie jest moja energia zupełnie i nic się nie chce i praca jakaś taka absorbująca…

    • Ag

      O, zgodzę się, że surrealistyczny.
      Ja też zostałam wybita ze wszystkich moich rutyn i trochę się nie umiem pozbierać, wrócić do regularnego robienia rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: