Czytam

Sprawozdanie czytelnicze: „Dziewczyny znikąd”, Amy Reed

Długo nie mogłam zabrać się za tę książkę, gdyż wiedziałam, że porusza ona tematy, o których niekoniecznie mam ochotę czytać. W końcu jednak się przemogłam, zakładając, że mimo ciężkiej tematyki, to przecież książka dla nastolatek, powinna więc być w miarę przyjemną lekturą, prawda? Nope. „Dziewczyny znikąd” są brutalne.

CW: gwałt.

Cierpienie

Głównymi bohaterkami książką są trzy dziewczyny, chodzące do szkoły w Prescott w Oregonie. Rosina to latynoska i lesbijka, która marzy o byciu gwiazdą rocka, na razie jednak musi pracować w restauracji swojego wujka i niańczyć młodsze kuzynostwo. Autystyczną Erin fascynują morza i oceany oraz „Star Trek”, przed przyjaciółkami ukrywa zaś bolesny sekret z przeszłości. Grace sprowadziła się niedawno, jest więc niepewna siebie i zmartwiona, że w nowej szkole nikt jej nie polubi. Ale są w tej książce też inne dziewczyny, całe rzesze dziewczyn – samotnych, przerażonych, sfrustrowanych. Wykorzystanych, zgwałconych, wyśmianych. Pozbawionych nadziei, że coś się może zmienić na lepsze. Zrezygnowanych i pogodzonych z niesprawiedliwym losem…

Wkrótce Grace odkrywa w sypialni nowego domu wyryte na ścianie wołanie o pomoc. Okazuje się, że w jej pokoju mieszkała wcześniej Lucy Moynihan, która musiała uciec z miasta po tym, jak nikt jej nie uwierzył, że została zgwałcona. Grace postanawia pomóc osobie, której nigdy nie poznała, zakładając z koleżankami tajną grupę Dziewczyny Znikąd. Członkinie podejmują różne formy protestu i strajku, rozwieszają plakaty, w końcu zaczynają publicznie mówić o doznanej przemocy. Ich celem jest zmiana świadomości ludzi w ich społeczności, zwrócenie uwagi na problemy młodych kobiet, przede wszystkim zaś – zdobycie dowodów i ukaranie sprawców gwałtu.

Tak jak napisałam – książka jest brutalna. Szybko wychodzi na jaw, że ofiar gwałtów czy molestowania jest więcej, a co gorsza, wiele z ofiar było wówczas w bardzo młodym wieku, poniżej minimalnego wieku wyrażenia zgody. Co gorsza, w mieście panuje zmowa, w związku z czym sprawcy są chronieni, a dziewczyny na nikogo nie mogą liczyć – ani na rodziców, ani na nauczycieli, ani na policję. Wielu dorosłych nie tylko nie traktuje ich poważnie, ale wręcz działa przeciwko nim, prześladując uczennice przyłapane na udziale w protestach. Wisienką na torcie są fragmenty z fikcyjnego bloga „Prawdziwi Mężczyźni z Prescott”, który wzorowany jest na tworach różnych „mistrzów podrywu”, dla których wszystkie kobiety to dziwki, które tak naprawdę tego chciały, a zgwałcenie upitej dziewczyny na tylnym siedzeniu samochodu to udana randka.

Rzeczywistość, z którą muszą się zmierzyć bohaterki, jest więc bardzo ponura. I nie mówię, że nie jest w związku z tym realistyczna (bo zapewne jest), ale naprawdę ciężko się to czyta. Zwłaszcza bolą fragmenty z bloga. Naprawdę dużo w treści paskudnych wydarzeń – molestowanie, gwałty, pobicie, różne formy przemocy psychicznej. Dla mnie to było po prostu za dużo, choć widzę po innych opiniach, że wiele osób potrafiło skupić się na optymistycznych elementach, czyli walce dziewczyn z niesprawiedliwym systemem czy wzajemnym wspieraniu się. Niewątpliwie, choć jest ciężko, bohaterki nie poddają się i odnoszą kolejne sukcesy.

Nie jest więc tak, że nic się nie zmienia. W Prescott następuje zmiana na lepsze – zarówno w społeczności, jak i w samym dziewczynach, które na nowo odkrywają swoją seksualność oraz swoje granice. Uczą się, że nie na wszystko muszą się zgadzać, że mogą liczyć na wsparcie innych. Bohaterkom udaje się zbudować coś ważnego i przyjaźnie zawiązują się pomiędzy bardzo różnymi od siebie osobami, połączonymi wspólną, słuszną sprawą.

Matki wyrodne, córki wyrodne

Bardzo ciekawe jest, że w przypadku wszystkich trzech głównych bohaterek mają one skomplikowane relacje z matkami – każda objawia się inaczej, ale wszystkie sprowadzają się do niemożności prawdziwego zbliżenia. Matka Rosiny jest przepracowana i rozczarowana życiem, a frustracje wyładowuje na córce, którą uważa za bezużytecznego darmozjada i lenia, nie potrafiąc zaakceptować, że córka może w życiu chcieć czegoś więcej niż bezgranicznego poświęcenia się rodzinie. Jednocześnie nie ufa Rosinie, podejrzewa ją zawsze o najgorsze, stosuje wobec niej przemoc fizyczną i psychiczną. Sprawia to, że Rosina nienawidzi swojej rodziny, pracy czy nawet potraw charakterystycznych dla kultury, z której pochodzi; do matki wciąż ma jednak mieszane uczucia, bo mimo wszystko chciałaby być przez nią kochana i rozumiana.

Z kolei matka Erin to typowy zaangażowany rodzic dziecka na spektrum. Całymi dniami przesiaduje przed komputerem, szukając nowych terapii i sposobów na pomoc córce, dyskutuje z innymi rodzicami i udziela im eksperckich porad. Ma dobre intencje, kocha i dba o Erin, ale w praktyce często nie jest w stanie spojrzeć na nią po prostu jak na osobę, tylko widzi ją wyłącznie poprzez kontekst autyzmu, głównie skupiając się, by robiła postępy i „nie było regresu”. Tymczasem Erin, mimo różnych trudności, dojrzewa i zaczyna sama sobie radzić z różnymi problemami, robić rzeczy, których wcześniej się bała, podejmować własne decyzje. Nie jest wcale wymagającym opieki na każdym kroku dzieckiem, za jakie bierze je matka. Erin przede wszystkim chciałaby, by jej matka w końcu trochę odpuściła i zaczęła żyć własnym życiem. Choćby żeby w końcu rozwiodła się z wiecznie nieobecnym mężem zamiast próbować za wszelką cenę ratować rozpadającą się rodzinę.

Grace ma teoretycznie najlepszą matkę. To postępowa pastorka, ciepła, serdeczna, kochająca. Grace nie może jednak zwalczyć w sobie poczucia zazdrości – chciałaby, żeby mama poświęcała jej tyle uwagi, co członkom swojego kościoła. Dziewczyna czuje, że nie jest tak ważna jak kościół, pisanie książki z kazaniami, społeczność. Czuje się trochę pozostawiona z tyłu przez własnych rodziców, dlatego ostatecznie nie może się przemóc i nie mówi matce prawdy ani nie prosi jej o pomoc. Na jakimś poziomie wie, że może jej ufać, ale nie potrafi się przemóc, by rzeczywiście to zrobić.

Zakończenie

Zakończenie tej książki miało być optymistyczne, napawające energią i nadzieją, pokazujące siłę dziewczyn, siłę protestu i oporu, siłę solidarności i wartość walki o lepszy świat. Dla mnie jednak nie do końca takie wyszło – ma trochę wręcz horrorowy klimat, ze wściekłym tłumem w końcu dostającym swoją zemstę. Chciałabym też, by więcej miejsca poświęcono zmianom w relacjach matki-córki, bo te niewątpliwie następują, nie dostały jednak dużo miejsca. Chciałabym dostać coś jeszcze mocniej optymistycznie pokreślonego, coś wesołego. Może zresztą takie to zakończenie jest, tylko ja nie umiem go tak odebrać? Może byłam zbyt przygnębiona ponurym klimatem całości, żeby na koniec się z niego wyrwać?

Moim zdaniem autorka chciała też tam za dużo upchnąć na raz – chciała domknąć wątki zbyt wielu dziewczyn, przez co dostajemy w sumie trzy zakończenia trzech finałowych rozdziałów, które mają na nas emocjonalnie oddziaływać. W efekcie tych emocji jest za dużo i po prostu nie działają. Dla mnie to jest problem struktury – należało albo zrobić jedno, podnoszące na duchu, mocno uderzające w czytelnika zakończenie i nic więcej; albo można było po tym zakończeniu zrobić jedną pustą stronę, żeby podkreślić koniec, po czym epilog, a w nim krótkie opowiedzenie na spokojnie, co się stało z poszczególnymi dziewczynami. Dla mnie zakończenie po prostu nie jest dobrze emocjonalnie wyważone.

Podsumowując

„Dziewczyny znikąd” to książka dla młodych dziewczyn, z pozytywnym przestaniem o sile kobiet, pokazująca, że można doprowadzić do zmiany na lepsze, zarówno jeśli chodzi o konkretne przypadki napaści, jak i w mentalności. Trzeba się tylko nie poddawać, wspierać innych i samą być wspieraną. Jednocześnie to książka ciężka tematycznie, do której czytania trzeba się psychicznie przygotować. Przynajmniej dla mnie – wyszła zbyt brutalna i ponura.

W bardziej optymistycznych klimatach poleciłabym wam serial Netfliksa „Sex Education”, a dokładnie jego sezon drugi. Jest tam świetna scena z „It’s my wagina!”, dziewczynami wymieniającymi się opowieściami o swoich doświadczeniach przemocy seksualnej, cudowny wątek wsparcia dla zmolestowanej koleżanki. Dużo, dużo girl power, takiego, jakie powinno być w „Dziewczynach znikąd”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: