NaNoWriMo tydzień 1
Piszę

NaNoWriMo 2020 – tydzień 1

I tak oto minął pierwszy tydzień i jeden dzień NaNoWriMo 2020. Przyznam, że byłam jakaś strasznie w tym czasie rozkojarzona – łapałam się bez przerwy na tym, że nie wiem, który jest dzień tygodnia, albo nie pamiętam, co ja w zasadzie miałam zrobić; czy powinnam najpierw napisać normę, wstawić pranie czy pracować. Pisanie w pierwszych dniach było bardzo wymęczone i na siłę, ale uparłam się, że chcę od początku jechać równym tempem i być powyżej kreski, nieważne jak bardzo mi się nie chce i nie idzie. Postanowienia dotrzymałam.

W tym tygodniu napisałam 12811 słów. W sumie (doliczając niedzielę 1 listopada) mam ich 14538. Wynik oczywiście bardzo przyzwoity i powyżej kreski. A co udało mi się napisać?

Przede wszystkim – pierwszą wersję „Taksówkarki”. Która mi się w połowie kompletnie rozsypała, doszły nowe postaci i wątki, środek ciężkości mi się przesunął i w ogóle wszystko jest nie tak, jak powinno. Z pewnością będę to przepisywać od nowa, znacznie skrócone. Myślę, że być może nawet w trakcie tego NaNoWriMo – bo chcę zmienić tak dużo, że to będzie zupełnie inny tekst. Poza poprzesuwaniem elementów w inne miejsca, całe akapity i całe sceny będę pisać kompletnie od nowa. Tylko najpierw muszę sobie przemyśleć, jak ten tekst najsensowniej uporządkować.

Po drugie – ruszyłam z opowiadaniem o łowcy Zbyszku, które już się robi długaśne, a jeszcze nic się nie wydarzyło… ups. Ale czuję, że jest bardzo „moje” i na razie jestem zadowolona z tego, jak wychodzi. Wrzucę wam nawet taki króciutki fragmencik, bo troszkę zapowiada on nadchodzące opowiadanie „Przechył” z antologii „Inkszy Welt” ; ) (premiera 13 listopada, ebook dostępny za darmo!).

Następnego dnia Zbyszek obudził się zaskakująco wypoczęty. Owszem, dopiero gdy spróbował się podnieść z kanapy, dotarło do niego, że bolało go całe ciało. Nie czuł się jednak otumaniony ani półprzytomny. Spojrzał krytycznie na stabilizator na nodze. Pamiętał, jak częściowo rozbudzony protestował przeciwko jego założeniu. Chyba było to już w nocy, ale nie pamiętał. Chwilę rozważał, czy go nie zdjąć, bo czuł się gotowy do działania, ostatecznie wygrał jednak zdrowy rozsądek.

Wstał ostrożnie, oszczędzając ranną kostkę. Zegarek na odtwarzaczu płyt pokazywał godzinę jedenastą. W domu panowała cisza, nie licząc deszczu stukającego o skośne okno i dobiegającego z wnętrza mieszkania dżingla wiadomości radiowych. Zbyszek postanowił ruszyć za dźwiękiem.

– …Płock przygotowuje się na nadejście kolejnej fali powodziowej. W najniżej położonej dzielnicy miasta, prawobrzeżnych Borowiczkach, poziom wody przekroczył o dwadzieścia trzy centymetry stan alarmowy.

Zbyszek usiadł przy niewielkim stole naprzeciwko popijającej herbatę Soni. Niespokojnie spojrzał na radio.

– Dzień dobry. Nie przejmuj się tym, my jesteśmy na skarpie. Gdyby Wisła miała kiedykolwiek podnieść się tak wysoko, oznaczałoby to koniec świata. Nam na szczęście tylko czasem zalewa piwnicę, w trakcie większych ulew – spojrzała za okno na nasilający się deszcz.

– …trwa akcja ratunkowa w Bytomiu, gdzie doszło d…

Zbyszek wyłączył gwałtownym ruchem radio.

– Hej, słuchałam tego!

– Pogadajmy lepiej o sprawie, którą chcesz mi dać.

– Spokojnie, to nie jest pilne.

– Po to tu przyjechałem!

– Nie. Przyjechałeś tu odpocząć i się wyleczyć. Jakby to powiedziała moja matka: „Sonia, on wygląda jak rzadka kupa, połóż go do łóżka!” i chcesz leżeć, gdy ta kobieta wróci do domu. Poza tym spójrz w lustro, przez te siniaki aspirujesz bardziej do koloru krwawej biegunki.

Popisałam sobie też trochę scen o innego opowiadania o Zbyszku, które co prawda ma tylko pół fabuły, ale za to będzie mieć uroczą scenę wspólnego oglądania przez bohaterów „Obcego” i wyznania sekretów. Także rzeczy z kategorii uroczych. Pisze mi się je dobrze, ale nie wiem, w jakiej formie trafią do wersji finalnej. To ustalę, jak będę tam miała fabułę…

Z obserwacji mojego tempa wyszło mi zaś, że dosyć gładko idzie mi napisanie 800 słów dziennie, czyli jakiejś połowy normy. Z drugą połową mam już problem i się męczę. Widać ogólnie tak mi się siły i rytm dnia rozkładają, że 800 słów jest w tej chwili optymalne… może powinnam w takim razie powrócić do 750words? Dawno temu sprawdzało się świetnie, dopóki amerykański system tygodniowy mnie nie wkurzył i usunęłam konto. Zobaczę, jak to się będzie dalej rozwijać.

Szkoda trochę też, że nie umiem usiąść i napisać wszystkiego w jakąś godzinę, a resztę dnia skupić się na czymś innym. Zamiast tego moje NaNo jest bardzo rozwlekłe – tu 100 słów, tu 500, tu jeszcze trochę… pisanie jest rozrzucone po całym dniu, wciśnięte albo kolidujące z innymi czynnościami. Przez to moje życie robi się chaotyczne i czuję się kompletnie pogubiona…

Na nadchodzący tydzień przede wszystkim planuję kontynuację „Łowców”, bo mi chwilowo dobrze idą i w sumie chciałabym też napisać pierwszą wersję (w sumie to drugą) całości w trakcie tego NaNoWriMo. W tydzień raczej mi się to nie uda, ale zobaczymy. No i origin story Zbyszka nawet jeszcze nie tknęłam, więc mam co robić.

A jak tam wasze pisarskie wyzwanie? Jesteście nad kreską?

Jeden komentarz

  • Iwona

    U mnie w tym roku nadzwyczaj dobrze, ale pewnie to dlatego, że siedzę już 8 miesiąc na tyłku w domu, mam mnóstwo czasu do zmarnowania i pierwszy raz podczas NaNo nie czuję się totalnie wyprana z energii i emocji.
    W 8 dni przekroczyłam 20 tys. słów – mój prywatny rekord.
    Oczywiście moja powieść olała mój plan i bohaterowie robią co chcą. Środek ciężkości i główna intryga przesunęły się nie w tą stroną co trzeba, bohaterowie nie bardzo chcą mnie słuchać i robią rzeczy za wcześnie psując efekt „łał”.
    Pisze dalej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: