Altered carbon książka vs serial
Opinie

„Modyfikowany węgiel” – książka vs serial, czyli jak zmarnowano dobry materiał

Z oczywistych względów niniejszy wpis pełen będzie spojlerów. Czytacie w związku z tym na własną odpowiedzialność. Przy czym znajomość przynajmniej serialu może się w trakcie lektury przydać.


Z wielkim trudem dooglądałam do końca drugi sezon „Altered Carbon”. Nie tylko dlatego, że ogólnie był nudny i miał słabe tempo akcji, ale też dlatego, że całkiem niedawno czytałam książki i pamiętam z nich dość, by załamywać ręce nad wprowadzonymi zmianami. Ciekawi mnie, jak ten sezon odbierają osoby, które powieści nigdy nie czytały…

Pierwszy sezon

Takshi Kovacs w sezonie 1 "Altered Carbon"

Moje zdziwienie jest tym większe, patrząc na sezon pierwszy. Został on w całości oparty na pierwszej powieści z cyklu („Modyfikowany węgiel”) i choć wprowadzono większe i mniejsze zmiany, to ogólnie wypadły one na lepsze. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że serial jest lepszy od książki. Choćby dlatego, że wycięto z niego dłużyzny, a zakończenie zostało przedstawione w jaśniejszy sposób. Dodano też trochę scen lepiej przedstawiających świat, np. gdy mała dziewczynka zostaje przeniesiona do ciała staruszki, bo tylko takie ciało było wolne, a rodziny na lepsze nie stać.

Zmiany dotyczyły przede wszystkim postaci. W niektórych przypadkach były raczej kosmetyczne, ale dodające charakteru i „pazura”. Małżeństwo Bancroftów zyskało więcej charakteru. On dostał scenę, w której udaje filantropa, a w rzeczywistości tylko łechta swoje ego. Ona w serialu ma zaś ciało dojrzałej, ale wciąż pięknej kobiety, nie zaś dwudziestolatki, jak to było w książce. Dzięki temu scena erotyczna jest mniej obleśna, a samą postać odbiera się dużo poważniej. Z kolei wątek Elizabeth została bardzo mocno rozbudowany, wręcz stworzony na nowo przez twórców serialu.

Największą przemianę przeszła Reileen Kawahara, która została siostrą głównego bohatera. Troszeczkę mnie to martwiło i zastanawiałam się, co z tego dla dalszej fabuły wyniknie, ale okazało się, że pułapkę scenarzyści zastawili sami na siebie w innym miejscu – dodając flashbacki z przeszłości Kovacsa, z czasów, gdy walczył razem z Quellcristą Falconer. Gdy oglądałam te sceny, podobały mi się. Uważałam za ciekawe, by odkryć trochę przeszłości bohatera (aczkolwiek w tamtym czasie byłam po lekturze dopiero jednej książki…). Tyle że w oryginale Takeshi i Quell nigdy się nie znali i prawdopodobnie wyszłoby serialowi na dobre, gdyby tak pozostało. Ale o tym więcej za chwilę.

Inne zmiany nie miały szczególnych konsekwencji. Sztuczna inteligencja Hendrix została zamieniona na Poe, a więc zamiast skojarzeń muzycznych zdecydowano się na literackie. Nie wpłynęło to znacząco na fabułę, a najważniejsze, że SI zostały przedstawione tak jak w książce, czyli głodne gości i spragnione, by spełniać rolę, do której zostały powołane. Poza tym Ortega dostała cyborgiczną rękę, a nie będę udawać, że nie kocham motywu cyborgicznej ręki, także czysto subiektywnie też mi ten serial bardzo podpasował. ; )

Ogólnie uważam, że wprowadzone zmiany albo poprawiły poziom historii, albo nie miały na nią dużego wpływu względem oryginału. Wymyślono trochę nowych, fajnych szczegółów, rozbudowano pewne wątki, zrobiono trochę zmian kosmetycznych… Ogólnie znaleziono dobry balans pomiędzy uszanowaniem oryginału a dostosowaniem materiału do formatu serialowego oraz odrobiną kreatywności.

Plus jest to też w końcu kryminał w cyberpunkowych dekoracjach, z dobrymi aktorami, fabułą i efektami specjalnymi. Pierwszy sezon miał po prostu tonę klimatu.

Co więc poszło nie tak w sezonie drugim?

Książka druga… albo i trzecia

Pierwszy sezon serialu opiera się na pierwszym tomie przygód Takeshiego Kovacsa. Drugi zaś… na trzecim, zatytułowanym „Zbudzone furie”. Co wcale nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że poszczególne powieści są ze sobą bardzo luźno połączone. Plus logicznym jest, że twórcy chcieli kontynuować wątek Quellcristy Falconer, który tak szczegółowo rozbudowali w pierwszym sezonie, a który w „Upadłych Aniołach” się nie pojawia. Dlatego z samego przeskoczenia jednej części absolutnie nie chcę robić zarzutu. W porównaniu ze wszystkim innym, to naprawdę nie jest problem. Oczywiście jest mi trochę przykro, bo to moja ulubiona książka w serii i zawiera masę fajnych motywów… ale nie wiedziałam też, co twórcy szykują na sezon trzeci. A nuż sięgną po moje ulubione wątki!

Problemem jest natomiast, że twórcy postanowili jednak pewne drobiazgi z „Upadłych aniołów” wziąć. Przede wszystkim są to postaci Carrery i Semetaire’a. Szczerze mówiąc, można ich było równie dobrze nazwać Kowalski i Nowak, tyle mają wspólnego ze swoimi pierwowzorami. W ogóle trochę nie rozumiem pomysłu, by oddzielać Carrerę od toczonej przez niego na planecie Sanction IV wojny (w serialu oczywiście słowem nie wspomnianej). Wszystko co on robi jest związane z tym konfliktem. I jeszcze połączyli go z inną postacią? Mam wrażenie, że twórcy po prostu chcieli wykorzystać kojarzące się fanom książki nazwisko. Szkoda tylko, że wywołało to u mnie tylko irytację.

Z kolei Semetaire w oryginale jest wyjątkowo śliską i nieprzyjemną personą. To szaman hoodoo i handlarz duszami, przestępca korzystający bezlitośnie na wojennych tragediach. W dalszej części książki staje się czymś na kształt ucieleśnienia podświadomości czy też wyrzutów sumienia głównego bohatera i nawiedza go w wizjach. Nie przeszkadza mi, że twórcy serialu nie wprowadzili tego wątku, zwłaszcza że nie skopiowali z „Upadłych aniołów” powodu, dla którego Kovacs słyszał głosy, byłoby więc to bez sensu. Przeszkadza mi, że w ogóle wykorzystano tę postać, choć nie wymyślono dla niej żadnej ciekawej roli. Semetaire w serialu jest zwyczajnie nieistotny, a jego „cmentarz dusz” zdecydowanie nie robi tak dojmującego wrażenia jak w książce. To czysto zmarnowany potencjał.

Natomiast podmienienia doktor Wardani na sztuczną inteligencję Dig 301 nawet nie mam siły komentować, bo to jest zwyczajnie przykre. Po raz kolejny – po co twórcy serialu w ogóle wspominali o pracach archeologicznych, skoro nie zamierzali ich w jakikolwiek kreatywny sposób wykorzystać? A w książce były jednak istotne.

Przywołałam te przykłady także dlatego, że chciałam podkreślić interesującą różnicę między pierwszym a drugim sezonem. W pierwszym – rozbudowano postaci, dodając im nowe cechy charakteru, role, fabuły. W drugim zaś przeprowadzono proces odwrotny, odzierając bohaterów z wyróżniających ich elementów, spłaszczając ich charaktery i odbierając własne historie. I dotyczy to nie tylko postaci pobocznych, ale też niestety głównych.

Takeshi Kovacs

Młody Takeshi Kovacs w 2. sezonie Altered Carbon

To, co zrobiono z dwiema wersjami głównego bohatera, to jest porażka na całej linii. Otóż poza właściwym Takeshim Kovacsem, którego historię śledziliśmy do tej pory, pojawia się też drugi – jego młodsza, do tej pory zamrożona wersja, obudzona przez jego wrogów. W książce do samego końca nie wiedziałam, który z Takeshich wygra. Ten starszy wiedział przecież wszystko to co młodszy plus miał kupę nowych doświadczeń. Z której strony – mogły się one okazać zbędnym balastem. Tymczasem młodszy był bardziej pewny siebie, zuchwały, no i miał silną motywację – ponieważ został wybudzony nielegalnie, musiał zabić swoją starszą wersję, by móc legalnie zająć jej miejsce, czyli wygrać sobie prawo do życia.

Pojedynek ten był o tyle ciekawy, że pokazywał, jak bardzo bohater się zmienił. Przy czym nie była to jakaś gwałtowna zmiana o 180 stopni, a raczej naturalny rozwój psychiczny i emocjonalny kogoś, kto żyje od setek lat i przeszedł naprawdę wiele. Starszy Takeshi jest bardziej doświadczony, ale tym samym – bardziej zmęczony, straumatyzowany, cyniczny. Brak mu już młodzieńczej werwy, nie postrzega też świata czarno-biało. Trochę się „stępił” i nie jest tak brutalny ani bezwzględny jak kiedyś.

Ale – po raz kolejny – na co komu niuanse. W serialu obie wersje zostają magiczne uleczone (a tym samym wyprane z posiadania charakteru) mocą miłości… Z początku winę za miernotę postaci chciałam zrzucić na Anthony’ego Mackie. O ile Joel Kinnaman wypadł świetnie, tak już jego następca wydał mi się podejrzanie drewniany, pozbawiony charyzmy. Teraz jednak myślę sobie, że zwyczajnie scenarzyści nie dali mu materiału, który mógłby sensownie zagrać. Z gówna bicza nie ukręcisz.

No bo zamiast intrygującego pojedynku samego ze sobą, dostajemy szybką zmianę stron. Młodsza wersja Takeshiego, zamiast za wszelką cenę próbować wykonać swoje zadanie i wygrać wolność, słucha Quell, patrzy na swoją starszą wersję i dochodzi do wniosku, że jednak tamci mają rację. Dołącza więc do drużyny, by im pomóc. Żal na to patrzeć. Równie dobrze młodszej wersji mogłoby w tym serialu nie być – nie gra żadnej ważnej roli w wydarzeniach, nie jest interesującym antagonistą, przechodzi szybką i byle jaką przemianę. W książce był elementem budującym napięcie. Łowcą, który bezustannie podążał za swoimi ofiarami i nigdy nie było wiadomo, kiedy zaatakuje. W serialu… jest. Ach, no i na koniec obie wersje przeżywają. C’mon, jeśli „Gra o tron” czegoś nas nauczyła, to że ubijanie kolejnych bohaterów jest jedyną słuszną drogą.

Wróćmy jednak do wątku miłosnego, który nie tylko został wyciągnięty prosto z dupy, ale jest też całkowitym zaprzeczeniem tego, co działo się w książce. Otóż w serialu Quell ma swoje ciało, do którego dodatkowo trafia świadomość kosmity. Tymczasem w książce ciało należy do Sylvie (serialowej Trepp), dodatkowa świadomość należy zaś do Quell. Z tego powodu wcale nie jest oczywiste, czy to rzeczywiście przywódczyni rewolucji. Bo może to być też udający ją wirus albo jakaś niepełna kopia. Albo losowy zbiór cytatów, któremu wydaje się, że jest prawdziwym człowiekiem. Wielu jest jednak takich, którzy chcą wierzyć w powrót wielkiej Quellcristy Falconer. Wiecie, kto nie należy do tej grupy? Kovacs. Kovacs jest najbardziej sceptyczną osobą. Ponieważ w książce nigdy nie poznał Quell, nigdy nie był w niej zakochany, nigdy nie był częścią jej ruchu. Dzięki temu jest w stanie zachować spokój oraz myśleć logicznie. Nie chce wyciągać żadnych pochopnych wniosków, nie chce podejmować gwałtownych akcji, bo wie, że najpierw trzeba zrozumieć, co tu się do cholery dzieje. Jakim cudem Quell wróciła z martwych i czemu w takiej postaci? Czemu w tym miejscu i momencie?

To właśnie ta nieufność czyni historię interesującą. Bo my, czytelnicy, też nie jesteśmy niczego pewni i musimy zadecydować, czy bardziej ufamy intuicji głównego bohatera, czy też entuzjazmowi zwolenników rewolucji. Z jednej strony – rozumiem wprowadzoną w serialu zmianę. W końcu jest to utwór wizualny, więc warto było wykorzystać aktorkę grającą Quell, pokazać ją widzowi. Takie rozwiązanie rodzi pewne problemy, ale nie są one tak wielkie jak całkowite wypranie Takeshiego z jakiejkolwiek osobowości za pomocą wielkiego uczucia. Jego relacja z Quell jest niesamowicie mdła i nijaka. Przede wszystkim zaś – zaserwowano nam coś strasznie wręcz sztampowego, powtarzalnego, zwyczajnie nudnego. Na litość boru, to jest science-fiction. To jest cyberpunk. To. Nie. Jest. Melodramat. To nie jest romans. Zapewniam, że NIKT nie włączył Netfliksa po to, by oglądać, jak Takeshi maślanymi oczami wpatruje się w dawno zaginioną ukochaną.

Co ciekawe, to samo spotkało Sylvie, Kiyokę i Jadwigę – które wyewoluowały w Trepp i Mykę, dwie matki-lesbijki, które dzielnie stawiają czoła przeciwnościom i mimo konfliktów trzymają się razem, by chronić za wszelką cenę swoje dziecko. No piękny melodramat, nie ma co, chyba widziałam coś takiego w „Grey’s Anatomy”! I wiecie co, oryginalne postaci nie były nawet specjalnie ciekawe. Ot, para lesbijek (bez żadnego bachora), które za dnia polowały na zbuntowane maszyny bojowe, a nocami obściskiwały się pod namiotem. Nie jest to więc koniecznie zmiana na gorsze, ale w połączeniu z wielką miłością Takeshiego i Quell całość robi się po prostu zbyt przesłodzona. Dostaję cukrzycy od samego patrzenia – oryginalna historia była po prostu bardziej brudna, brutalna, surowa, niejednoznaczna. A w serialu tylko brakuje, żeby kolorowe motylki latały wszystkim dokoła głów.

Kosmici

Powieściowi Marsjanie są moim ulubionym elementem całego cyklu i jednym z moich ulubionych przedstawień kosmitów w kulturze. Sztuczka polega na tym, że prawie niczego o nich nie wiemy. Skąd przybyli? Kim byli? Jak żyli? Przede wszystkim zaś – co się z nimi stało? Wyginęli? Dokądś odeszli? Zostali pokonani w wojnie z inną rasą? A może są tuż obok nas, ale stali się bytami bezcielesnymi i nie jesteśmy w stanie objąć umysłem ich nowej formy istnienia?

Wszystko, czego dowiadujemy się o Marsjanach, jest wyłącznie domysłami bohaterów i teoriami snutymi przez naukowców (autor umieścił nawet drobną wzmiankę o rywalizujących ze sobą szkołach archeologów, które mają różne poglądy na obcą cywilizację, a Gildia wspiera tylko te, których prace pomagają usprawiedliwić działania Protektoratu… taki smaczek dotyczący większej polityki świata przedstawionego. Super!). Nic nie jest pewne, nic nie jest jednoznaczne.

Przede wszystkim zaś – autor konsekwentnie buduje obraz ludzkości jako dzieci bawiących się w kosmicznej piaskownicy. Ludzie korzystają z technologii obcych, ale jej tak naprawdę nie rozumieją. Zajmują kolejne planety i rozkopują je w poszukiwaniu artefaktów, nie znając ich historii. W porównaniu z Marsjanami ludzkość jest wciąż młoda, niedoświadczona i choć rozpleniła się po całym kosmosie, niekoniecznie cokolwiek o nim wie…

Tymczasem w serialu Marsjanie zostali całkowicie odarci z wszelkiej tajemnicy i zamienieni w żądne zemsty potwory. Tak, moi drodzy – twórcy serialu mieli jakieś tysiąc możliwości. Morgan zostawił im szeroko otwartą furtkę, mogli wymyślić COKOLWIEK. Zamiast tego poszli do najmniejszej linii oporu. Po pierwsze, dali nam sztampową opowieść o zemście. Po drugie, z kosmitów zrobili generyczne potwory atakujące ludzi. Po trzecie, zamiast podkreślić różnice między nimi a nami, uczynili kosmitów dokładnie takimi samymi. No bo patrzcie, ktoś zabił im dzieci, więc to oczywiste że się wkurzyli. Po co wymyślać coś ciekawego i skomplikowanego na temat kompletnie obcej kultury, skoro można się odwołać do podstawowych uczuć rodzicielskich i nie martwić zbytnio o bycie kreatywnym. Prawda jest taka, że im mniej wiedziałam o Marsjanach, tym bardziej pobudzali oni moją wyobraźnię, tym mocniej mnie fascynowali. Serial mi tego nie dał. Zamiast tego stworzył najbardziej nijakie, opierające się na kompletnie zgranych i użytych już milion razy motywach. Zero tajemnicy, wielkości, potęgi.

I to nie jest tak, że nie lubię kosmitów-potworów. Jednym z moich najukochańszych filmów jest „Alien”. Tyle że pozycji w klimatach „Altered Carbon” nie czytam/oglądam dla Xenomorphów, je mogę znaleźć gdzie indziej. Od tej książki/tego serialu oczekuje czegoś kompletnie innego.

Co gorsza, logika książki została ponownie kompletnie odwrócona. Powieściowi kosmici nigdy nie weszli w bezpośredni kontakt z ludźmi, prawdopodobnie nawet nie wiedzieli, że na Ziemi istnieje jakiekolwiek inteligentne życie. Rozwijali się całkowicie niezależnie i cokolwiek się z nimi stało – nie miało nic wspólnego z ludźmi. Byli rasą, która żyła długo przed nami, punktem odniesienia pokazującym małość człowieka w wielkim kosmosie. Tymczasem w serialu znowu na pierwszy plan wysuwani jesteśmy egocentrycznie my, ludzie – to my doprowadzamy do wyginięcia Marsjan, to my jesteśmy powodem ich powrotu, to my jesteśmy w centrum uwagi.

Wiecie, co było dla mnie gwoździem do trumny? W którymś momencie jedna z bohaterek wspomina o strażniczce-obrończyni grzędy. To oznacza, że ktoś przeczytał calutkie „Upadłe anioły” bardzo dokładnie, bo to jest informacja, która pojawia się w jednym miejscu, w jednym zdaniu. Ktoś to jedno zdanie postanowił wyciągnąć i umieścić w serialu, za to zignorować wszystko inne. Autentycznie jest mi przykro.

Ach, no i jeszcze nazwa. W książce kosmici są nazywani Marsjanami, nie dlatego, że pochodzą z Marsa, lecz dlatego, że to tam po raz pierwszy ludzkość trafiła na ich ruiny. Po raz kolejny, jest to niezwykle interesujący smaczek, pokazujący sposób myślenia ludzkości, która dopiero z czasem zdała sobie sprawę, że Marsjanie byli międzyplanetarną rasą, która podbiła jakąś połowę galaktyki, nie zaś – jak Ziemianie – ograniczoną do jednej planety. Nazwa ta tworzy też subtelne połączenie między akcją właściwą dziejącą się w odległej przyszłości a skromnymi początkami eksploracji kosmosu, gdy to po raz pierwszy wylądowaliśmy na Marsie. W serialu tymczasem kosmitów postanowiono nazwać The Elders ponieważ inaczej, no cóż, trzeba by poświęcić pięć minut na wytłumaczenie pewnych subtelności.

I owszem, to akurat nie jest aż tak ważne, żeby bronić oryginalnej nazwy jak niepodległości. Można było sobie akurat ten drobiazg odpuścić i nie tyle chcę się o niego wykłócać, co pokazać go jako doskonały przykład lenistwa twórców serialu. Wszystko, co wymagało minimum wysiłku, wszystko co było minimalnie niejasne, zostało usunięte.

Angelfire

To, co twórcy serialu zrobili z Angelfire jest doskonałym przykładem kompletnego niezrozumienia materiału źródłowego. Albo jego olania. Otóż Angelfire to siatka satelitów, otaczających prawie idealnie szczelnie planetę zwaną Światem Harlana. Mają one działa o mocy zdolnej zniszczyć całe miasto, ale strzelają wyłącznie do określonego typu pojazdów – większych niż sześcioosobowy helikopter, wyposażonych w SI lub broń energetyczną, które wzniosły się wyżej niż 400 m n.p.m. Cechują się więc wyjątkowo specyficznymi kryteriami wielkości, technologii oraz wysokości. Początkowo wszyscy są przekonani, że Angelfire to jakaś wyjątkowo dziwaczna broń. W serialu pozostają dziwaczną bronią.

W książce okazuje się jednak, że ich rola może być kompletnie inna. Po raz kolejny, są to tylko domysły bohaterów, ale mające sporo sensu. Otóż Angelfire w ogóle nie są bronią, lecz narzędziem służącym do digitalizacji świadomości. A ponieważ Marsjanie potrafili latać, strzelanie po przekroczeniu pewnej wysokości ma jak najbardziej sens. Ci Marsjanie, którzy chcieli pozostać na planecie, mogli żyć na jej powierzchni. Reszta mogła wznieść się w niebo i pozwolić, by promień z Angelfire zniszczył ich ciała, jednocześnie wyciągając z nich świadomości i przenosząc… gdzie? A któż to może wiedzieć – na tym etapie czytelnik już jest przyzwyczajony, że Morgan zostawia mu więcej pytań niż odpowiedzi. To by jednak tłumaczyło, czemu świadomość Quell (przypadkowo „zgrana” przez Angelfire, który zniszczył jej helikopter) przetrwała.

Doskonale ilustruje to też to, o czym mówiłam wcześniej – że ludzie korzystają z technologii obcych, ale jej za nic nie rozumieją. Dodatkowo ich pojmowanie technologii jest tak ograniczone, że automatycznie kojarzy im się wyłącznie z bronią. Tymczasem Angelfire może okazać się czymś znacznie więcej. Czy nie tak powinniśmy sobie wyobrażać obce cywilizacje, które są od nas dużo bardziej rozwinięte, na innym poziomie technologicznym, inne też pod względem biologicznym? Prawdziwa funkcja Angelfire jest po prostu świetnym twistem, po raz kolejny udowadniającym, jak wiele stworzony przez Morgana świat ma nam do zaoferowania i jak wiele tajemnic jeszcze kryje!

W serialu świadomości kosmitów są zamknięte w śpiewodrzewie. Biorąc pod uwagę, że na temat śpiewodrzew też w sumie niewiele wiadomo, niekoniecznie jest to głupia zmiana. Bardziej boli mnie to, o czym już wspominałam, czyli inne rozłożenie akcentów. W książce Marsjanie stworzyli technologię na swoje potrzeby, na swojej planecie. Domyślamy się, do czego jej używali, ale tak naprawdę tego nie wiemy. Nie ma to w każdym razie nic wspólnego z ludźmi, a wszelkie wypadki wynikają z igrania z technologią, której się nie rozumie. W serialu ludzie są pępkiem świata, motorem napędowym, powodem dla którego Marsjanie korzystają z Angelfire (które strzelają w ziemię!!!). Dwie rasy są ze sobą znacznie silniej połączone.

Podsumowując

Drugi sezon „Altered Carbon” to okropna adaptacja. Z kompletnie niezrozumiałego dla mnie powodu postanowiono wyciąć z niej wszystko, co czyni książkę wyjątkową. Wszystko, co było unikatowe, pomysłowe, tajemnicze, niejasne, pokrętne, budzące w czytelniku emocje. Wszystkie małe, ale budujące skomplikowany świat przedstawiony smaczki. Przejechano walcem po postaciach, fabule, obcych i ich technologii. Zmarnowano to, co miało potencjał i zastąpiono stereotypowymi, nudnymi elementami fabularnymi. Twórcy serialu nie tylko nie oddali sprawiedliwości materiałowy źródłowemu, ale też nie dodali nic wartościowego od siebie. Jedynie wykorzystali książki Morgana jako dekorację dla całkowicie przeciętnej historii.

Czy jest też złym serialem? Cóż, ciężko mi to ocenić, gdyż naprawdę nie potrafiłam patrzeć na niego nie przez pryzmat książek. Sądząc jednak po skasowaniu produkcji trzeciego sezonu, faktu iż Morgan pomagał przy scenariuszu tylko przy pierwszym sezonie oraz ogólnie niezadowolonych recenzjach widzów – raczej tak. Myślę, że drugiemu sezonowi bardzo zabrakło cyberpunkowego, ale też kryminalnego klimatu. Mam też wrażenie, że tempo akcji było bardzo nierówne, bohaterowie miotali się po jakimś lesie, a zabrakło silnych punktów fabularnych. I myślę, że nikomu zbytnio nie przypadł do gustu mocno rozwinięty wątek romansowy, przesłodzenie i melodramatyzm. Historia nie była po prostu zbyt porywająca, a postaci okazały się płaskie.

Jeśli nie mieliście okazji przeczytać książki (co wciąż polecam), to może chcielibyście mi powiedzieć, jak serial zaprezentował się z waszej perspektywy?


Moje opinie o poszczególnych tomach cyklu znajdziecie tutaj:

komentarze 3

  • Iwona

    Hmm… 2 sezon był gorszy, ale bez znajomości pierwowzoru nie czułam, że aż tak zły. Czasami dlatego lubię czytać po tym, jak obejrzę, bo mam wtedy miłe zaskoczenie 😀
    Ale faktem jest, że jakoś tak nie porywało, było chyba za dużo jakiś przypadkowych wątków i trochę mało spójnie. No i wolałam pierwsza wersję Takeshiego, bo Mackie wydawał mi się jakiś taki niski i sama nie wiem…

    • Ag

      Aż sprawidziłam, aktorów różni 11 cm wzrostu, czyli nie aż tak dużo 😉 Mackie był po prostu nijaki, ale takie właśnie mam wrażenie, że nie miał czego grać. I próbował wydawać się groźny, ale jak dla mnie nie miał charyzmy. Will Yun Lee też jakoś tak nijak, nawet nie wiem, co o nim powiedzieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: