"Bern in 1858", Charles Fichot, Swiss National Library, GS-GUGE-FICHOT-A-1, domena publiczna.
Opowiadania

Gruczoł godności – nowe opowiadanie

Gdy zakładałam konto w serwisie Ko-fi – który umożliwia wspieranie niewielkimi wpłatami ulubionych twórców – skorzystałam z możliwości ustawienia Celu. W jego ramach obiecałam, że jeśli zbiorę od fanów 10 kaw (czyli 30 dolarów) to dodam nowe, niepublikowane jeszcze nigdzie opowiadanie. Cel ten miał być zarówno zachętą i podziękowaniem dla czytelników, jak i motywacją dla mnie.

I chwila ta nadeszła, cel został osiągnięty! Poniżej znajdziecie opowiadanie „Gruczoł godności”, które do tej pory tylko nieliczni mieli okazję przeczytać. : ) Tekst ten wyrósł z dwóch rzeczy: po pierwsze, mojej fascynacji Thorwaldem i jego książkami o historii medycyny, po drugie zaś – z osobistych problemów zdrowotnych. Jest to więc opowiadanie mocno osadzone w rzeczywistości i możecie się z niego czegoś nawet nauczyć!

Dziękuję jeszcze raz za każdą wpłaconą kwotę i przypominam, że większość moich opowiadań jest dostępna za darmo, więc jeśli chcecie mnie wesprzeć lub wynagrodzić za ciężką pracę, dalej możecie to zrobić poprzez Ko-fi. Ustawiłam też nowy Cel – tym razem zbieram na opłacenie hostingu i domeny, co by moja twórczość zawsze miała swoje bezpieczne miejsce w Internecie. ; )

A teraz już życzę miłej lektury!


Gruczoł godności

Wieczór był raczej nieprzyjemny – zima jeszcze całkiem nie odeszła, ale wiosna też nie zdążyła rozgrzać ziemi. Równie niezdecydowanie padał deszcz, nie na tyle mocno, by warto było rozłożyć parasolkę (której zresztą nie miałem przy sobie), ale po dłuższym spacerze zauważyłem, że zacząłem przemakać. Wybrałem się zaś na spacer, by przewietrzyć trochę głowę. W tamtym czasie studiowałem na Uniwersytecie w Bernie i w pełni korzystałem z uroków życia studenckiego, a to oznaczało, że czasem lekko przeholowywałem z rozrywkami. Nic tak wówczas nie pomagało, jak świeże powietrze.

Skryłem się przed deszczem w podcienia. Choć musiałem nadłożyć drogi, postanowiłem, że wracając do domu minę pomnik zwany Studnią Dzieciożercy. Rzeźba ta, stojąca na wysokiej kolumnie, była co najmniej przygnębiająca, a dla niektórych zwyczajnie paskudna. Ja jednak doznawałem w jej obecności poczucia głębokiego zamyślenia. Lubiłem rozważać trudne kwestie ludzkiego żywota, zwłaszcza gdy szumiało mi lekko w głowie.

Kindlifresserbrunnen (lit. "Studnia dzieciożercy"), Corn House Square, Berno, Szwajcaria
Kindlifresserbrunnen (lit. „Studnia dzieciożercy”), Corn House Square, Berno, Szwajcaria / zdjęcie Andrew Bossi / CC-BY-SA-2.5


Oto wielkolud w rozłechstanej koszuli trzymał w worku dzieci. Wyciągał jedno po drugim i pakował je do rozwartej paszczy. Brwi miał ściągnięte, twarz gniewną, dzieci zaś płakały. Artysta uchwycił moment, w którym potwór umieścił już niewinną główkę w ustach i zaczął zaciskać zęby na czaszce, ale jeszcze jej nie rozgniótł. Doprawdy fascynujący obrazek.

Przyznam jednak, że nie widziałem go zbyt wyraźnie przez pogodę, bardziej odtwarzając sobie szczegóły z pamięci. Zadzierałem głowę do góry, aż deszcz całkiem zapadał mi oczy. Postanowiłem ruszyć dalej, gdy z ciemności wynurzyła się postać. Kobieta w kwiecie wieku wyglądała na zmęczoną i chyba trochę zagubioną. Spojrzała na mnie, studenciaka, z niechęcią. Zaś na pomnik nie chciała patrzeć w ogóle i popędziła ociągającego się za nią, nastoletniego syna.

Wówczas to dojrzałem drugie dziecko, kryjące się w matczynej spódnicy. Gdy mnie mijali, przywitałem się uprzejmie.

– Dobry wieczór szanownej pani i…

Słowa stanęły mi w gardle w pół zdania. W połach sukni ujrzałem obrzęknięte oczy o nieprzyjemnym, przytępionym wyrazie. Należały nie do dziecka, lecz istoty o formie niby to ludzkiej, ale przeraźliwie zniekształconej, niskiej i krępej. Twarz była blada, ziemista, wyraźnie niezdrowa, z wargami grubymi jak u Wielkoluda. Na sine czoło spadały rzadkie, sterczące w nieładzie włosy. Ciało było spuchnięte, jak nabrzmiały od wody topielec, ręce wielkie zaś jak u drwala, zaczerwienione, wiszące wzdłuż ciała bez życia. Istota poruszała się bez najmniejszej choćby gracji.

Zamarłem bez ruchu, potwór wypatrzył mnie jednak, a gdy jego tępy wzrok padł na mnie, wydał z siebie niski, niezadowolony pomruk, który przeszył mnie grozą aż do głębi. Kobieta zauważyła, iż odkryłem jej piekielnego sługę i mocniej naciągnęła kaptur na twarz tej abominacji, próbując ją przede mną skryć. Łypała na mnie wzrokiem jeszcze groźniejszym, wywołującym ciarki na karku. Wiele oskarżeń przychodziło mi w tej chwili na myśl, ale nie odważyłem się wypowiedzieć ich na głos. Zamiast tego rzuciłem się do ucieczki, nim albo ta paskudna istota mnie pożre lub jej pani mnie przeklnie.

***

Obudziłem się następnego ranka z obolałą głową. Niechętnie wyruszyłem na uniwersytet, jednocześnie uważnie obserwując przechodniów. Większa część mojego umysłu postanowiła podążyć za zdrowym rozsądkiem i przekonywała, że cokolwiek zobaczyłem, było całkowicie normalne, tylko mieszanka brzydkiej pogody, alkoholu i wyobraźni pobudzonej widokiem Wielkoluda spłatała mi figla. Jednak inna część, mała i złośliwa, powtarzała, bym uważał, bo nawet tak powierzchowne spotkanie z ciemnymi mocami może źle się skończyć.

Minęło jednak parę dni i mara stopniowo rozmyła się zupełnie. Odzyskałem spokój ducha i znów mogłem swobodnie chodzić po mieście. I pewnie nawet nie zwróciłbym uwagi, że mijam na ulicy kobietę, którą widziałem tamtej nocy, gdyby nie głośny płacz. Odwróciłem się w stronę źródła dźwięku, by ku mojemu zaskoczeniu znów ją zobaczyć.

Przystanąłem, bardziej zaintrygowany niż przestraszony. W świetle dnia wyglądała tak samo podejrzanie jak w nocy – to wcale nie była moja wyobraźnia; tylko wiedźma miałaby tak brzydki, wielki nos i kościste palce. Oplatała nimi dłonie innej kobiety, tej, która płakała. Nie wypatrzyłem natomiast nigdzie ani chłopaka, ani potwora. Nic zresztą dziwnego, gdyż znajdowaliśmy się na ruchliwej ulicy przed budynkiem Inselspitalu – kręcili się tu bez przerwy lekarze i studenci, pacjenci oraz ich rodziny. W tym tłumie z pewnością ktoś szybko by go zauważył. Poza tym przyjemnie grzejące dziś słońce uniemożliwiało wychynięcie z kryjówki podejrzanym stworom. Sprzyjające warunki dodały mi odwagi. Postanowiłem podkraść się bliżej i spróbować podsłuchać rozmowę.

– Och, droga pani, nie wiem, co mam teraz zrobić. Czy dla mojego dziecka nie ma nadziei?

– Nadzieja zawsze jest. Trzeba ufać Bogu.

Wzdrygnąłem się, słysząc imię Pana padające z ust tak podejrzanej persony.

– Ale czy mimo wszystko nie powinnam choć porozmawiać z profesorem Kocherem? Niektórym podobno się poszczęściło, jest więc nadzieja…

– Tylko czy warto podjąć takie ryzyko? Sama pani widziała. Gdybym tylko wiedziała… pozostaje się modlić.

– Och, modlić! – lamentowała dalej kobieta. – Jeśli nie zaprowadzę córki do profesora, z pewnością umrze! Ale jeśli oddam ją w ręce tego szarlatana, może uczynić ją potworem. Moje biedne dziecko – zapłakała. – To są jakieś diabelskie eksperymenty, które mącą tak ludziom w głowach…

Szpital Inselspital, Berno, Szwajcaria; koło 1724 / autor nieznany / domena publiczna
Szpital Inselspital, Berno, Szwajcaria; koło 1724 / autor nieznany / domena publiczna


Wstrzymałem oddech z przejęcia. Sprawa była zdecydowanie bardziej podejrzana niż myślałem. Wyglądało na to, że zbyt pochopnie posądziłem tę kobietę o igranie z siłami nieczystymi. Spojrzałem na budynek szpitala. Znajomi studenci medycyny wypowiadali się o placówce raczej pozytywnie. Och, nie mogłem sobie przypomnieć, czy którykolwiek z nich wspominał doktora Kochera, nie przywiązywałem w trakcie gry w karty uwagi do nazwisk… Postanowiłem zebrać się na odwagę i dopytać kobiety o szczegóły, ale kiedy się odwróciłem, już ich nie było.

Czułem, że ta sprawa nie da mi spokoju. Jakaż była szansa na spotkanie tej samej kobiety dwa razy zupełnym przypadkiem? Niestety moja wyobraźnia nie chciała się uspokoić, choć byłem przecież trzeźwy. W głowie kłębiło mi się milion myśli, próbowałem złożyć w sensowną całość te strzępki informacji i domysły. Pociągała mnie tajemnica, którą ledwie musnąłem palcami – zapragnąłem odkryć ją całkowicie.

Wszedłem do wysłużonego budynku szpitala, który na dniach miał przenieść się do nowej, lepszej siedziby. Minąłem portiernię pewnym krokiem, jakbym doskonale wiedział, gdzie się udaję. Nie chciałem zwracać na siebie zbytniej uwagi, co oznaczało, że nie mogłem zbyt długo kręcić się po korytarzach. Jednocześnie nie wiedziałem, gdzie znajduje się gabinet profesora Kochera.

Nie chciałem pytać o drogę, zakładając, że pracownicy szpitala albo będą mi bronić dostępu do tajemniczych eksperymentów, albo na czas ostrzegą profesora, by usunął wszelkie podejrzane ślady z mej drogi. Zauważyłem jednak starszego pana, wyglądającego na pacjenta i postanowiłem zaryzykować. Spytałem, czy wychodzi może właśnie od profesora Kochera. Mimo iż uprzejmie zaprzeczył, zamyślił się na chwilę, próbując sobie przypomnieć, skąd kojarzy to nazwisko.

– Ależ oczywiście. Rozmawiałem o tym z pewną miłą panią, jego pacjentką. Biedaczka z trudem oddychała, świszczała przy każdym słowie. Nie wspominając nawet o oszpeceniu – wykonał bliżej niesprecyzowany ruch dłonią w okolicy twarzy. – Pan na szczęście wygląda zdrowo. Czy ktoś z rodziny…? Bardzo współczuję. Pójdzie pan w dół korytarza, a potem, jeśli mnie pamięć nie myli, w lewo…

Podziękowałem, z trudem ukrywając emocje, jakie wywołały u mnie jego słowa. Cóż znaczyło to oszpecenie, myślałem, pełen lęku, ale też podniecony mym małym śledztwem. Kontynuowałem podróż we wskazanym kierunku, aż dotarłem do zamkniętych drzwi; przez grube szkło widziałem rozmazane sylwetki. Postanowiłem, że zajrzę do środka i najwyżej jeszcze raz podpytam niewinnie o drogę.

Kiedy jednak wstąpiłem pewnym krokiem do ciasnego korytarzyka, zdałem sobie sprawę, jak wielki popełniłem błąd. Znalazłem się nagle wśród istot przeklętych, prawdziwych żywych trupów. Z ich ciał została tylko wysuszona skóra obciągająca kości, nie licząc oczywiście pośmiertnego obrzęku na twarzach. Niektóre oczy niemrawo obejrzały się w moją stronę, inne dalej tępo spoglądały przed siebie. Czaszki miały łyse lub z brzydko przerzedzonymi włosami. Monstrum stojące najbliżej mnie mruknęło z niezadowoleniem, gdy omal nie uderzyłem w nie drzwiami.

Stałem jak sparaliżowany, bojąc się, że najmniejszy ruch spowoduje ich gwałtowną reakcję. Póki pozostawałem nieruchomy, nie zwracały na mnie uwagi. Nagle jednak najmniejsze z nich, kiedyś zapewne uroczy chłopczyk, teraz tylko pobladłe straszydło, ruszyło w moją stronę z wyciągniętą dłonią. Krzyknąłem, szczerze mówiąc to dosyć piskliwie. Chciałem się wycofać, ale ktoś złapał mnie od tyłu za ramię. Wyszarpnąłem się i krzyknąłem ponownie.

– Niech się pan opanuje! To jest szpital.

Theodor Kocher. Photogravure / autor: Wellcome Library, London. Wellcome Images / CC-BY-4.0
Theodor Kocher. Photogravure / autor: Wellcome Library, London. Wellcome Images / CC-BY-4.0

Stał przede mną około czterdziestoletni, szczupły mężczyzna, nieznacznie ode mnie niższy. Miał stalowoniebieskie oczy, trochę podkrążone i zmęczone, ale z pewnością należące do normalnego człowieka. Wokół nas wytworzyło się pewne zamieszanie, jako że maszkary zareagowały przelęknieniem na moje okrzyki, szybko jednak powracały do swego wcześniejszego, otępiałego stanu. Chłopczyk zatrzymał się wpół drogi i opuścił ręce.

– Jakże mam się uspokoić, kiedy wyraźnie dzieją się w tym szpitalu przerażające rzeczy! Żądam wyjaśnień, gdzie jest profesor Kocher i co uczynił z tymi nieszczęśnikami.

Jasne, opanowane spojrzenie zmierzyło mnie uważnie.

– Ja jestem doktor profesor Teodor Kocher, a to są moi pacjenci.

Do tej pory nie miałem wyobrażenia o Kocherze, ale nie spodziewałem się kogoś tak przeciętnego, w skromnym, ciemnym ubraniu. Może tylko ręce się zgadzały, bo miał szczupłe, delikatne, z pewnością zwinne dłonie lekarza. Nie zamierzałem jednak dać się nabrać na niewinny wygląd.

– Aha! W takim razie przyznaje się pan do przeprowadzania demonicznych eksperymentów, które przemieniają ludzi w potwory! I to tuż pod nosem opinii publicznej. Dopilnuję, by policja zajęła się tą sprawą jak najszybciej. I znam pewnego dziennikarza, który sprawi, że żaden niewinny człowiek nie dostanie się w pana ręce!

– Proszę przestać krzyczeć. W podręcznikach nazywa się tych ludzi fachowo kretynami, zaś ich przypadłość charłactwem. Proszę, by jeśli już musi pan używać słów takich jak „potwór”, kierował je pan do mnie, nie moich pacjentów.

Zaskoczyło mnie to nagłe wyznanie i nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Kocher westchnął i wskazał drzwi w głębi korytarza.

– Naprawdę nie ma potrzeby angażować policji, a tym bardziej nie mam czasu dla dziennikarzy, niedługo ukaże się sprawozdanie z moich badań… Ech, proszę za mną, wszystko panu wytłumaczę. Byleby szybko, przyjmuję teraz pacjentów.

***

Weszliśmy do niewielkiego laboratorium. Kocher uprzejmie wskazał mi krzesło i spytał, czy chciałbym się czegoś napić. Pod wpływem jego uprzejmości zupełnie zeszło ze mnie wcześniejsze wzburzenie; zaczynałem czuć się zwyczajnie głupio.

– Czy mogę spytać, co też sprowadza pana na mój oddział?

Opowiedziałem mu pokrótce o nocnym spotkaniu z potworem, czy też kretynem, oraz rozmowie dwóch kobiet, w której jedna ostrzegała drugą przed okrutnym doktorem Kocherem. Pokiwał głową i zaczął opowiadać mi swoją historię.

"Kobieta z dużym wolem" / autor: Martin Finborud / Domena publiczna
„Kobieta z dużym wolem”, Martin Finborud / Domena publiczna

– Przede wszystkim powinien pan zrozumieć, czym w zasadzie jest wole. Powstaje ono na skutek zwyrodnienia tarczycy, niewielkiego gruczołu znajdującego się tutaj – wskazał miejsce na swej szyi. – Wole jest przypadłością bardzo przykrą, nie tylko szpecącą, ale przede wszystkim niebezpieczną, gdyż guz naciskający na tchawicę powoduje duszności i omdlenia, ale w najgorszych przypadkach uduszenie. Nie wymyślono do tej pory żadnego skutecznego lekarstwa, choć osiągnięto pewne sukcesy podając chorym jod. Ja jednak zdecydowałem się na operacyjne rozwiązanie problemu. Nie przechwalając się, muszę powiedzieć, że jestem jednym z pierwszych, którzy zaczęli wycinać tarczycę w części lub w całości, a opracowana przeze mnie metoda jest wyjątkowo łatwa i stosunkowo bezpieczna, biorąc pod uwagę wszystkie trudności, jakie towarzyszą operacji powiększonej tarczycy. Na pewno daje większe szanse przeżycia niż wyłuskiwanie poszczególnych guzów, co niestety prowadzi często do krwotoków.

– Z całym szacunkiem, profesorze, ale nie przyszedłem tu, by słuchać wykładów o pańskich sukcesach. Bardziej interesują mnie porażki. Próbuje mi pan mydlić oczy, czy jednak planuje wyjaśnić, kim są ludzie zgromadzeni w pańskim przedpokoju?

– Proszę, niech mi pan pozwoli wszystko po kolei wytłumaczyć. Otóż pierwsze próby usunięcia tarczycy wykazały, że jest to organ zbędny. Pacjenci po operacji najczęściej gorączkowali kilka dni, ale jeśli przeżywali zabieg, odczuwali znaczną ulgę i powracali do pełni sił. Tak też było z jedną z moich pierwszych pacjentek, zaledwie jedenastoletnią Marią. Operowałem ją w 1874 roku, usuwając oba płaty gruczołu tarczycowego. Zaledwie po czterech dniach odesłałem ją do domu, jako że czuła się świetnie. Tam zajmować miał się nią doktor Fetscherin. Przesłał mi on kilka raportów, bardzo zachęcających. Maria miewała się dobrze, blizna na szyi goiła się bez problemów. Jednak w następnych miesiącach otrzymałem informację, na którą wówczas nie zwróciłem zbytniej uwagi. Mianowicie Maria zaczynała wykazywać objawy apatii, nie chciała się bawić ani pracować. Stała się też skryta i mrukliwa, ale czy to takie dziwne u dorastającej dziewczynki? W każdym razie doktor Fetscherin zmarł niedługo potem i nie interesowałem się więcej tą sprawą, kontynuując operacje. W sumie przeprowadziłem ich sześćdziesiąt cztery, z czego w trzydziestu czterech przypadkach całkowicie usunąłem tarczycę. Zdecydowana większość nie miała powikłań i odsyłałem ich do domu pewien, iż przywróciłem im normalne życie.

Kocher przerwał na chwilę. Wyglądał na zmęczonego.

– Oczywiście zuchwałym było myślenie, że tarczyca jest całkowicie zbędna. Poważnie zaniedbałem długotrwałe obserwacje, zadowalając się informacjami o moich pacjentach z zaledwie kilku pierwszych tygodni po operacji. A gdybym wówczas zwrócił uwagę na pierwsze niepokojące sygnały… W każdym razie wiele lat żyłem w zarozumiałym przekonaniu o własnym sukcesie. Jednak jakieś półtora roku temu spotkałem na kongresie higieny profesora Reverdina, którzy przeprowadził kilkanaście operacji całkowitego usunięcia tarczycy, ale nie zaniedbał przeprowadzania wywiadu o pacjentach. Wyznał mi, że z czasem pojawiła się u nich niedokrwistość, a także ociężałość umysłowa i fizyczna. Myślał, że to prawdopodobnie efekt niedociągnięć w technice lub powikłań, jednak nie miał na to jednoznacznych dowodów.

Może pan sobie wyobrazić, jak wstrząsające były to dla mnie wiadomości. Głęboko zaniepokojony, rozesłałem listy do wszystkich moich byłych pacjentów, prosząc ich o jak najszybsze zjawienie się na ponowne badania. Do tej pory otrzymałem trzydzieści odpowiedzi. Niektórzy samodzielnie przybyli do szpitala, inni byli w tak kiepskim stanie, że rodziny musiały przyjechać z nimi. Najcięższe przypadki widział pan na własne oczy. To całkowite wyniszczenie organizmu, zanik tkanki tłuszczowej oraz mięśni, ociężałość umysłowa, opuchlizna.

– Czy próbuje mi pan powiedzieć, że lecząc jedną ich przypadłość, jaką było wole, wywołał pan inną? Oznacza to więc, że tarczyca musi pełnić jakąś niezwykle ważną funkcję!

– Ha, jest pan oczywiście człowiekiem inteligentnym, bez problemu doszedł więc pan do jedynego słusznego wniosku, który ja tyle lat wypierałem. Tak, ratując tym ludziom życie, jednocześnie skazałem ich na wegetację. Życie, które nie jest życiem. Tarczyca nosi w sobie godność człowieka, a ja im ją bezpowrotnie wyciąłem. To największa klęska, jaką kiedykolwiek poniosłem w moim życiu zawodowym.

– Czyli nie myliłem się wiele, w tę sprawę naprawdę zamieszany jest szarlatan. Ta kobieta dobrze zrobiła, ostrzegając innych przed niebezpieczeństwami operacji.

– Niech pan nie myśli, że nie jestem świadom swoich błędów. Owszem, operowałem z grzeszną pewnością siebie i pycha mnie zgubiła. Bóg przypomniał mi, jak małą i niedoskonałą jestem istotą. Ale mam też nadzieję z Jego pomocą naprawić wszystkie krzywdy, które wyrządziłem. Jeśli mogę o to prosić, niech się pan pomodli za mnie, by Bóg mi wybaczył i pomógł w dalszych badaniach. Niech się też pan pomodli za tych nieszczęśników, bym mógł im kiedyś pomóc odzyskać choć skrawek normalnego życia.

Choć byłem wcześniej surowy w ocenie profesora Kochera, zrobiło mi się go szczerze żal, gdyż widziałem, że jego zmartwienie było prawdziwe.

– Mówi pan, że jest szansa pomóc tym nieszczęśnikom?

– Taką mam nadzieję. Dlatego mimo wszystko nie tracę ducha i nie zamierzam przerwać badań. Przede wszystkim, kretynizm wystąpił tylko u tych, którym usunąłem cały gruczoł. Ci, którym usunąłem połowę lub część, powrócili do zdrowia. Najwyraźniej pozostawiona część przejmuje działanie całego gruczołu. Przysięgam, że już nigdy nie usunę całej tarczycy! Przysięgam też, że całkowicie poświęcę się badaniu funkcji tarczycy, by zrozumieć ją w pełni i raz na zawsze zakończyć tragedię zarówno wola, jak i kretynizmu. Tylko tyle i aż tyle mogę zrobić. – Profesor Kocher wyglądał na wykończonego tą spowiedzią. – Jaka jest więc pana decyzja? Pozwoli mi pan kontynuować moją pracę, czy ściągnie tu policję i gazety?

Nie miałem powodu, by nie wierzyć w jego szczerą skruchę – nie był szalonym i bezlitosnym eksperymentatorem, lecz człowiekiem do głębi przejętym swoimi błędami i pragnącym je naprawić. Nie zamierzał też ukrywać tego, co zrobił, gdyż szykował szczegółowy raport na najbliższą konferencję. Nie miałem po co dalej zarzucać go oskarżeniami, ani nigdzie zgłaszać. Życzyłem mu powodzenia, bo cóż mogłem zrobić? Chyba rzeczywiście pozostało się modlić o sukcesy w leczeniu.

Wyszliśmy z laboratorium, znów mijając cierpliwie czekających pacjentów, tak samo szarych i obojętnych. W ich pustych oczach nie widziałem duszy, co przyniosło mi pewną ulgę, bo myśl, iż esencja rozumnego człowieka mogła być uwięziona w tak oszpeconym ciele przerażała mnie bardziej niż demony, za które początkowo ich wziąłem. Czułem jednak głębokie przygnębienie na myśl o zmarnowanych życiach.

*

Na schodach szpitala minąłem znaną mi już kobietę. Twarz miała opuchniętą od płaczu, zmęczoną, oczy czerwone. Plecy miała jednak wyprostowane, podbródek uniesiony zaś wysoko, jak ktoś gotowy do ostatecznej walki. Prowadziła za rękę nastoletnią dziewczynkę, oszpeconą przez wole, twarde i rozdęte, nadające jej nieprzyjemny wygląd ropuchy. Było tak wielkie, że mogła na nim oprzeć swój podbródek i nawet szal zawinięty wokół szyi nie był w stanie go zasłonić. Dziewczyna zsunęła go zresztą celowo, biedactwo licząc, że ułatwi jej to oddychanie, a rzęziła niczym stary parowóz, każdy jej oddech wybrzmiewał pełnym skargi świszczeniem.

Zatrzymałem się, rozważając, czy powinienem coś powiedzieć. Zdałem sobie jednak sprawę, że wiedziała już przecież o potencjalnych konsekwencjach, a mimo to się nie wycofała. Kimże byłem, żeby podkopywać jej decyzję? Istniała w końcu nadzieja.

Och, lepiej by mi było, gdybym nigdy nie pił i nie oglądał nocą potworów.


Support me on Ko-fi

Obrazek użyty na okładce: „Bern in 1858”, Charles Fichot, Swiss National Library, GS-GUGE-FICHOT-A-1, domena publiczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: