Sprawozdanie z lektury: Łzy Mai, Martyna Raduchowska

Dawno, dawno temu, szukając sobie cyberpunkowych książek, natrafiłam na „Czarne światła”. Oczywiście zamiast przeczytać je od razu, zasromotałam się, że co, jak ktoś napisał już coś podobnego do mojego pomysłu i to lepiej? Bałam się więc po książkę sięgnąć, co by się do własnego pisania nie zniechęcić. Nie oceniajcie, dziwnie biegną myśli artystów z zerowym poczuciem własnej wartości. Po latach trochę się ogarnęłam, a „Czarne światła” doczekały się wznowienia pod nowym tytułem i kontynuacji. Przyszła najwyższa pora, by „Łzy Mai” przeczytać.

Przypominam, iż z zasady nie pisuję recenzji, a tylko mniej lub bardziej ogólne przemyślenia nad czytanymi lekturami. Staram się to robić bez spoilerów, ale w tym przypadku chcę wspomnieć o rozwiązaniu pewnych wątków, także spojlery są. Nie jakieś szokujące, bo właśnie były dla mnie zbyt oczywiste i na to narzekam. Ale ostrzeżeni zostaliście.


Straszne mam problemy z tą książką. To idealny miks elementów, które szalenie mi się podobają z takimi, które mnie irytują. Na przemian więc odczuwałam zainteresowanie i podekscytowanie z irytacją i znudzeniem.

Przede wszystkim, to cyberpunk. A ja tak bardzo kocham cyborgi. I cyborgi dostaję, ale podlane całym skomplikowanym, wcale nie generycznym światem. Mamy więc dodatkowo reinforsynę, lek który daje psioniczne zdolności, ale też doprowadza do szaleństwa. Mamy świat zniszczony zmianami klimatycznymi. Mamy miasto przegrodzone na pół murem, z częścią „normalną” i zbuntowanym, zniszczonym pustkowiem. W końcu jest jakaś grubsza afera, w tym tomie niestety tylko zasugerowana. Szalenie mi się ten świat podoba, gdyby nie jeden drobiazg – androidy.

Na całe szczęście większości czytelników zupełnie nie będzie to przeszkadzać, osobiście odczuwam jednak głęboką awersję do androidów. Uważam je za ślepy zaułek science-fiction i nie rozumiem, po co ktokolwiek miałby je budować (nie mówię, że nikt tego nigdy nie zrobi – kompleks boga każe tworzyć na swoje podobieństwo…). Androidy są po prostu głupie i niepotrzebne (a „(s)Ex machina” jest słabym filmem, ogarnijcie się w końcu) i nie lubię o nich czytać. Mam prawo.

Dlatego dziwnie to zabrzmi, gdy powiem, że Maya, która jest androidem, jest moją ulubioną bohaterką. Co prawda nie ma jej w tej książce dużo, ale gdy się w końcu pojawia, jest jak powiew świeżego powietrza. Jej emocje, jej rozsądek, jej końcowa przemowa i to, że wytyka Redowi jego głupotę. Jest po prostu interesująca, naturalna, sympatyczna. Po tym, jak przez całą książkę musiałam użerać się z głównym bohaterem, miałam ochotę przybić jej piątkę.

Ano właśnie, główny bohater. Ugh. Zacznijmy może od tego, co mi się podobało. Red zostaje częściowo scyborgizowany wbrew swojej woli. W nowym ciele nie czuje się pewnie – boi się, że nie jest już do końca sobą, ma problemy z zaakceptowaniem zmian, a jednocześnie z wygody zaczyna korzystać z dobrodziejstw technologii, którą otrzymał. Miesza się w nim lęk z hipokryzją. I wszystkie te fragmenty, które dotyczą jego prób samoakceptacji są wspaniałe. To interesujący wątek, warty zgłębienia. Chętnie poczytałabym o takich problemach cyborgów więcej, niestety w książce nie ma wielu takich fragmentów. Zamiast tego przeważają obsesje i smutne pierdolenie.

Po pierwsze, Red chce się zemścić na Mai za zdradę, co całkowicie przysłania mu zdolność logicznego myślenia. Jest to o tyle irytujące, że w zasadzie oczywistym jest, iż Maya go nie zdradziła, w związku z czym czas czytelnika marnowany jest na rzeczy zupełnie niepotrzebne. Po drugie, Red jest przekonany, że mógł nieświadomie kogoś zabić, co całkowicie przysłania mu zdolność logicznego myślenia i prowadzenia śledztwa w sposób interesujący dla czytelnika. Jest to irytujące, bo oczywiste jest, że mordercą nie jest. W związku z czym… Zauważacie już prawidłowość? Większość czasu Red nie ma racji i obsesyjnie skupia się na tych fałszywych tropach. Nie byłoby z tym problemu, gdyby czytelnik nie wiedział, że są one fałszywe. Wtedy ustalanie razem z Redem, co się naprawdę wydarzyło, byłoby naprawdę ciekawe. Przydałoby się więcej zagadki, więcej zaskoczenia, a nie tylko czekanie, jak ktoś przemówi gościowi do rozsądku.

Najbardziej podobały mi się więc świat przedstawiony, rozterki cyborga i niektóre elementy wątku kryminalnego. Nowoczesne i tradycyjne techniki do szukania śladów na miejscu zbrodni zostały bardzo sprytnie ze sobą wymieszane, nawet jeśli momentami bohaterowie wygłaszali wykłady z kryminologii. Największym problemem był dla mnie nieznośny główny bohater i zbytnia oczywistość ważnych wątków.

Teraz lecę czytać w końcu „Skrzydła”, a potem drugą część „Łez” – „Spectrum”. Zakładam, że tam się będą działy naprawdę ciekawe rzeczy dotyczące bezpośrednio świata przedstawionego i zasugerowanej tylko w tym tomie konspiracji na tzw. najwyższych szczeblach. Bardzo chętnie o tym poczytam, więc mimo mieszanych uczuć względem „Łez” mam dużą ochotę na kontynuację.

PS. Na zdjęciu moje japońskie wydanie GITS-a. Podkreślam, że japońskie, bo okładka wygląda identycznie jak w polskim, sama ich nie umiem na pierwszy rzut oka odróżnić. Tak a propos cyberpunka oczywiście się pojawia.

PPS. Choć to książka cyberpunkowa z wątkiem kryminalnym, to się jednak znacząco od mojej „Mechanofobii” różni, także jest nadzieja, że kiedyś coś własnego w tych klimatach spłodzę. ;)

2 myśli na temat “Sprawozdanie z lektury: Łzy Mai, Martyna Raduchowska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.