Opowiadanie: Lwy morskie, odc. 3

Wstęp oraz część pierwszą znajdziecie tutaj.

Część drugą znajdziecie tutaj.

Lwy morskie, odcinek 3

Znowu wszystko bolało. Usiadłam, chowając się w cieniu górki przed żarem i wiatrem. Objęłam kolana ramionami, licząc, że jeśli będę trzymać sama siebie wystarczająco mocno, to może się nie rozpadnę. Czułam, jakby to miało nadejść już dziś.

Zza górki niespodziewanie wyłonił się mężczyzna. Przybysz zaskoczył mnie – za górką była już tylko piaszczysta droga donikąd, ale najwyraźniej stamtąd przyszedł ów człowiek. Miał ciężki plecak z przywiązanym śpiworem, blaszanym kubeczkiem dyndającym z boku oraz mapą zatkniętą w małą, siateczkową kieszonkę. Podpierał się kosą.

Była to potężna kosa o długim drzewcu, z wyprofilowanym uchwytem i długim ostrzem. Wypolerowano je tak starannie, że aż sprawiało wrażenie przezroczystego i delikatnego. Nagrzane powietrze falowało, a wraz z nim drgała krawędź ostrza. Przyglądałam się zafascynowana – wydawała się rozmazywać, uciekać przed moim wzrokiem.

Mężczyzna usiadł obok, nie pytając o pozwolenie. Wyciągnął z plecaka osełkę, zwilżył ją w ciemnym, gęstym płynie, po czym zabrał się do ostrzenia.

– Pan chyba nie pochodzi stąd – zauważyłam pełnym pretensji głosem, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie życzę sobie jego towarzystwa.

– Niewątpliwie – odpowiedział uprzejmie, nie przerywając pracy i nawet na mnie nie spoglądając. – Przyszedłem z bardzo daleka.

– Nikt nie ma siły tyle iść – zaprotestowałam. Wstałam, by okrążyć górkę. Zakładałam, że gdzieś niedaleko stoi samochód. Tatko mówił, że pustyni nie dało się przejść, a samochodem wcale nie było dużo łatwiej. Zobaczyłam tylko znajome wyblakło-żółte wydmy. – Dokąd się pan wybiera?

– Nigdzie. Dotarłem do celu.

– Nie mamy tutaj pól. Tylko kopalnię. Ale już dawno nieczynną.

Rozejrzał się, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miasteczko znajduje się na środku piaszczystego, spalonego niczego. Z zamyśleniem wbił wzrok w ziemię. Pozostawał w bezruchu dłuższą chwilę, zaczęłam więc zastanawiać się nad powrotem do domu. Przybysz wzbudzał we mnie niepokój, może dlatego że tak rzadko widywałam obcych. W miasteczku, nawet jeśli nie znałam czyjegoś imienia, doskonale wiedziałam, kto jest „swój”. Zresztą od dłuższego czasu mieszkali tu tylko swoi. Poza tym w domu tatko opiekował się Miszką i pewnie z utęsknieniem czekał, aż zluzuję go z tego obowiązku. Mama znowu gdzieś zniknęła – podobno pomagała w szpitalu, nie mogąc usiedzieć w miejscu bez żadnej roboty.

– Bardzo męcząca pogoda. Czy czasem tu pada? – Drgnęłam, gdy pytaniem wyrwał mnie z zamyślenia.

– Nie pamiętam – przyznałam z zażenowaniem, nie potrafiąc sobie przypomnieć, czy w ogóle widziałam kiedyś deszcz. – Tu nawet nocami potrafi być bardzo gorąco.

– Rozumiem. Bardzo dziwne miejsce. I bardzo, bardzo daleko. Prawie bym o nim zapomniał.

– Czy pan dużo podróżuje?

– Podróżuję bez przerwy. W zasadzie to zwiedziłem cały świat. Ostatnio miałem szczególnie dużo pracy, podróżowałem jak szalony… i prawie zapomniałem o tym miejscu. Już siedziałem w domu, grzałem się przy kominku, kiedy nagle nadeszła pilna depesza, że zaniedbałem swoje obowiązki w tym miejscu. A myślałem, że załatwiłem już wszystko – tłumaczył się tak jeszcze dłuższą chwilę, jakby było mu naprawdę bardzo przykro, że przeoczył coś ważnego, czym sprawił innym kłopot.

– Zapewniam pana, że w miasteczku specjalnie nikt nie narzekał… to znaczy, nie narzekał na nic innego niż zwykle. Gorąco, bóle, choroby, brak wody. Cokolwiek jest pana pracą, nie szkodzi, że się pan z tym spóźnił. I tu nie ma żadnych pól – podkreśliłam jeszcze raz, widząc, że wciąż ostrzy kosę. – Czy opowiedziałby mi pan o… kominku?

– Kominku? To bardzo ładny kominek. Z cegły. Pali się w nim prawdziwe drewno, nie te gówniane lampki udające szczapy albo obrazki z wyświetlacza. Takie badziewie sprzedawali w marketach budowlanych. Dobrze, że już nie będzie komu kupować tego paskudztwa. Rozumiesz, dziewczynko, jestem raczej tradycjonalistą. Prawdziwy kominek, rozgrzewający stopy ogień i ciepła herbata. No, może nie tradycjonalistą, może raczej… romantykiem. Och, jeszcze kot na kolanach. Bardzo lubię koty.

– Ale czy za oknem pada śnieg? – dopytywałam, niezbyt zadowolona z jego ogólnych rozważań.

– Czasem. Głównie wieje wiatr. Porywisty, zimny. Niewątpliwie kominek jest świetny na taką pogodę. 

– My mamy tylko kozę, ale ostatnio nikt jej nie używa.

– Aha. Czyli kozy… – wyglądał na zagubionego.

– Takie kozy do palenia. Obawiam się, że prawdziwych zwierząt już nie mamy. 

– Żadnych?

– Zupełnie. Kiedyś mieliśmy.

– Och… – Wydał się jeszcze mocniej rozczarowany niż przed chwilą, gdy tłumaczyłam mu, że nie mamy pól. – Jeśli mi wybaczysz, muszę już iść, brać się do pracy. I tak już przekroczyłem deadline. Co za bałagan… – Wstał, mamrocząc już tylko do siebie.

Skinęłam na pożegnanie głową, a on pogłaskał mnie po włosach. Zaraz szybko wytarł rękę w spodnie, ale nie obraziłam się na ten gest. Miałam włosy pełne piasku.

*

Nie mogłam zasnąć. W domu było nieprzyjemnie cicho, nawet Miszka nie rzęził jak zwykle przez sen. Mama nie płakała za ścianą, a tatko nie chrapał. Wstałam, by sprawdzić oddech małego braciszka. Spał spokojnie jak nigdy. Poszłam do kuchni po szklankę wody, ale znalazłam tylko puste butelki i przewrócone wiadro. Przypomniałam sobie, jak tatko narzekał znowu na studnię. Wracając do łóżka, dostrzegłam łagodny ruch. Zamarłam. Czas mijał, a wraz z nim wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Usłyszałam westchnienie i rozluźniłam się. Byłam pewna, że to tylko tatko siedział na kanapie przed telewizorem. Podeszłam do niego cicho i usiadłam obok. Telewizor dawno przestał działać, tak jak światła w całym miasteczku. Nocami panowała zupełna czerń, nie licząc kilku świeczek, które obserwowałam z okna, gdy nie mogłam zasnąć. Migotały jak malutkie, zagubione robaczki.

Lubiłam oglądać telewizję. Kiedy jeszcze mieliśmy prąd, oglądałam telewizję zawsze, kiedy tylko mogłam – czyli kiedy nie pomagałam mamie lub nie zajmowałam się Miszką. Małego braciszka telewizja nudziła, wiercił się i uciekał z kanapy, szukając innej rozrywki. Tatko oglądał głównie mecze, ale ja wolałam programy o zwierzętach, na przykład lwach morskich czy fokach. Bajki też były w porządku, ale wolałam prawdziwe rzeczy, ludzi żyjących w zupełnie innych miasteczkach niż nasze. W telewizji pokazywali śnieg, lód, dżungle. Samochody w pięknych, żywych kolorach. Wielkie domy z kominkami. To przypomniało mi o przybyszu.

– Tatko, widziałeś go? Pana, który twierdzi, że przyszedł do nas na piechotę? Mówił, że ma tu coś do zrobienia i że prawie o tym zapomniał, bo tak jesteśmy daleko.

Nie odpowiedział. Pewnie zasnął, wyobrażając sobie, że ogląda mecz w telewizji.

*

Rankiem wiatr był mocniejszy niż zwykle – obudziło mnie walenie okiennic. Leżałam zwinięta na kanapie. Tatko musiał wstać wcześniej. Ze zdziwieniem odkryłam gęsią skórkę. Potarłam ramiona, by się rozgrzać.

– Mamo? – zawołałam, ale nikt nie odpowiedział. Za to rozpłakał się Miszka.

Poszłam wyjąć go z łóżeczka, z którego sam nie potrafił się wydostać – miał zbyt krótkie nóżki, by przerzucić je przez barierkę lub wyskoczyć. Był wyjątkowo niespokojny, marudził, nie dawał się w żaden sposób ugłaskać. Wyjrzałam za okno, ale na podwórku też nie dostrzegłam mamy. Ubrałam Miszkę cieplej niż zazwyczaj. Nagle zrozumiałam potrzebę opatulania go jak małego Eskimosa. W zakładaniu kolejnych warstw było coś pełnego troski i miłości. Miszka płakał, a ja wciągałam na niego kolejny sweter, mając nadzieję, że w końcu poczuje się bezpiecznie.

– Jesteś głodny? Chce ci się pić? Na pewno chce ci się pić. Wiesz, że nie mamy picia, musisz poczekać, aż tatko wróci z wodą ze studni. Zawsze chodzi tam rano, więc zaraz będzie z powrotem. Pokaż pieluchę. No przecież masz czystą pupę, to czemu płaczesz?

Miszka przestał płakać, ale tylko dlatego, że szybko się męczył. Wytarłam smarki ściekające mu z nosa na usta. Posadziłam go na kanapie. Było cicho, nie licząc tykania zegara i świstu wiatru. Teoretycznie nie kryło się w tym nic dziwnego, ot, miasteczko powoli budziło się do życia. Żyjąc tak leniwie, nie ma potrzeby zrywać się z rana. Mimo to czułam niepokój. Fakt, iż tatko wyszedł gdzieś bez słowa, nie dziwił mnie, ale mama raczej by mnie obudziła, pouczyła, jak mam zajmować się Miszką. Opiekowałam się nim codziennie i doskonale wiedziałam, jak to robić, lecz mama co jakiś czas wygłaszała wykład na ten temat. 

Stanęłam w progu. Wiało tak mocno, że zarzuciło mi sukienkę na twarz. Wcisnęłam materiał między uda, rękami przytrzymując włosy. Kłęby piasku i kurzu latały dookoła. Nie widziałam żywej duszy. Pozwoliłam Miszce wyjść na podwórko. Braciszek zataczał się i śmiał, obserwując zafascynowany, jak wiatr porywa różne przedmioty. Piach wpadający do oczu wydawał się mu nie przeszkadzać. Upał nie dokuczał dziś szczególnie, pomyślałam, że inni również cieszą się pogodą. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio było tak przyjemnie, prawie że chłodno. 

– Chodź, Miszka, przejdziemy się.

Wtedy niespodziewanie pojawił się nieznajomy z kosą. Pisnęłam krótko, przerażona jego pojawieniem się na pustej drodze.

– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Ludzie często się mnie boją. – Wyglądał na szczerze zakłopotanego, dzięki czemu łatwiej odzyskałam pewność siebie.

– Wcale się nie wystraszyłam. Próbowałam piszczeć jak wiatr.

– Wiatr raczej wyje. Może trochę świszcze. Twojemu bratu ta sztuczka wychodzi całkiem dobrze. – Skinieniem głowy wskazał Miszkę, który wydawał z siebie nosowe stęknięcia, jak to miał w zwyczaju.

– Czy załatwił pan już swoje interesy?

– Prawie. – Wyciągnął do mnie rękę. – Chodźmy.

Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc. Miszka pojął natomiast w lot ten gest i poczłapał w stronę mężczyzny. Uwiesił mu się na nodze.

– Misza, zostaw pana! – skarciłam go.

– Ależ nie, to żaden problem. Dalej, chodźmy już. 

– Myślę, że powinniśmy poczekać na rodziców.

– Waszych rodziców już tu nie ma. Wszyscy poszli, zostaliście tylko wy.

– Co to znaczy wszyscy?

– Absolutnie wszyscy, każdy do ostatniej żywej duszy – wyjaśnił dobitnie.

– Co będzie z Miszą? Czy on tu zostanie? – Zlękłam się, że być może mama od początku miała rację na temat małego braciszka. Nie chciałam, żeby Miszka został sam w pustym miasteczku. On nawet sam nie umie jeść, wszystko rozlewa albo upuszcza. I nie lubi przebywać w samotności, zawsze szuka czyjegoś towarzystwa. Jeszcze by głuptas próbował przejść pustynię. 

– Nikt tu nie zostanie – powtórzył jeszcze raz mężczyzna. Miszka z fascynacją wpatrywał się w lśniące ostrze kosy.

– Czyli Miszka ma duszę?

– Oczywiście.

– A czy to jest… – zawahałam się, ale zrozumiałam, że mam ostatnią szansę, by zadać to pytanie – dusza lwa morskiego?

Mężczyzna popatrzył na mnie z niedowierzaniem, a potem zaczął się śmiać. Jego śmiech, długi i nieopanowany, wprawił mnie najpierw w zakłopotanie, a potem w złość. Za to braciszek wyszczerzył kilka zębów, które miał, wtórując nieznajomemu wyciem.

– Lew morski. – Człowiek przestał się śmiać tak samo nagle, jak zaczął. Otarł łzy z twarzy i uważnie przyjrzał się Miszce. – Boisz się, maluchu?

Mały braciszek wybełkotał coś po swojemu, ale nieznajomy wydawał się doskonale go rozumieć. Pokiwał głową. Obaj przywołali mnie do siebie. Próbowałam się dąsać, powiedzieć, że wyśmianie mnie było nieuprzejme, ale zamilkłam, widząc, że Miszka znów miał to wszystkowiedzące, poważne spojrzenie. Spojrzenie dorosłego, które obiecywało, że wszystko będzie dobrze.

– Nie bądź głupi, Miszka. To ja zawsze się tobą zajmuję, nie na odwrót. I nigdy, przenigdy bym cię nie zostawiła.

Wzięłam go za rękę i odeszliśmy.

Reklamy

3 myśli na temat “Opowiadanie: Lwy morskie, odc. 3

  1. Czekałam na ostatnią część, żeby móc przeczytać wszystko od razu. Co mogę powiedzieć, opowiadanie nie miało ze mną łatwo, bo jestem konstrukcyjnie niekompatybilna z tekstami symbolicznymi i takimi, w których osobiście pojawia się Bóg, Szatan, Śmierć, aniołowie, diabły i tym podobne absoluty. Jest to napisane przepięknie, byłam pod wrażenie tego, jak bardzo doceniam nawet opisy rzeczy budzących obrzydzenie (jak ciało martwego sąsiada). Naprawdę świetnie oddane zachowanie dzieci, które czasem bywają nierozważne, czasem ciekawskie, czasem okrutne, a czasem pełne współczucia (jak wtedy, gdy bohaterka pociesza sąsiada na ławce, albo gdy wnosili kolegę na zjeżdżalnię) i dynamika ich paczki. Już wcześniej miałam podejrzenia, że coś jest nie tak z funkcjonowaniem tego miasteczka: wodę trzeba czerpać ze studni, ale jest prąd i telewizja, skoro miasto nie ma żadnego regularnego transportu, to jak działa zaopatrzenie, jakim cudem ktokolwiek tam coś zarabia, jak mieszkańcy płacą za towary, itd. Ale nawet przy założeniu, że wszystko podporządkowane jest warstwie symbolicznej, na końcu zostały mi różne pytania: o co chodziło w tych rozważaniach bohaterki na temat różnych rodzajów dusz (zapowiadało się, że to będzie kluczowa sprawa)? Pytanie, jakie pewnie padłoby, gdyby tekst był omawiany na sekcji brzmiałoby: o czym jest ten tekst? Czy jest to po prostu jedna wielka metafora umierania małego miasteczka (np. przez brak pracy, jak to jest zaznaczone na początku), więc źródło chorób nie jest ważne, bo nie są to choroby w sensie biologicznym? Ale w takim razie ponawiam pytanie: z jaką myślą mieliśmy z tego wyjść, dlaczego na brata bohaterki tak często kieruje sie „kamera” i z czego wynika jego lekko odmienne zachowanie w końcówce (wydaje mi się, że ma w tym opowiadaniu zadanie specjalne, ale nie jestem do końca pewna, na czym polega) – i czy zawołano tu nas – czytelników – tylko po to, żebyśmy towarzyszyli bohaterom w umieraniu?

    1. Hmm, główna idea była bodajże taka, żeby pokazać kawałek świata, który pozostał po końcu świata. Tzn. śmierć zgarnęła całą ludzkość, ale zapomniała o tym jednym małym miasteczku i dlatego ono teraz funkcjonuje bez żadnego sensu, bo jest zawieszone pomiędzy życiem a śmiercią, powinno go nie być, ale jednak jest, trochę się więc rozpada, a trochę trwa. Zdaję sobie sprawę, że ostatecznie mogło mi się niezbyt udać to przedstawić… Obawiam się też, że szokująco nie jest to żadna metafora, ale literalnie umierające miasteczko, tak jak napisałam wyżej…

      W ogóle zdałam sobie sprawę po twoim komentarzu, że ja chyba zupełnie nie umiem w metafory i że wszystkie moje teksty cierpią na bolesną dosłowność, co pewnie przy pisaniu fantastyki nie jest dobre. Nie wiem trochę, co mam teraz z tą wiedzą zrobić. Tak samo z bohaterami – chciałam pokazać tę opiekuńczą relację między siostrą a bratem i przyjaźń kwitnącą między dziećmi nawet w trudnych warunkach i niczego ekstra za tym nie ukrywałam. To są po prostu te pozytywne akcenty w ponurym świecie, jakaś iskierka dobra wśród rozkładu, to jest chyba maksimum metafory, na jakie się zdobyłam. Co do tego, że Miszka jest inny na koniec… to niespójność po mojej stronie. Przepraszam.

      Zdaję sobie sprawę, że nie jest to satysfakcjonująca odpowiedź na twoje pytania, ale dotyczą rzeczy, nad którymi się zbytnio w trakcie pisania nie zastanawiałam (nie bij, pisałam to dawno, byłam innym człowiekiem). Mam tendencję do upychania czegoś w tekście, bo mi się podoba (jak te lwy morskie. Takie to ładne i tytuł będzie dobrze brzmieć, a że sensu szczególnie nie ma…). Ugh. Postaram się zapamiętać sobie te pytania na przyszłość, przy innych tekstach, w nadziei, że rzeczy będą bardziej przemyślane, a czytelnik więcej wyniesie.

      Chociaż tyle dobrego, że język ci się podobał, to jest taka sztuczka, że jak czytelnika wciągnie klimat, to może przegapi głupoty w tekście. ;) W każdym razie dziękuję pięknie za komentarz, dał mi sporo do myślenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.