Warszawskie Targi Książki 2018 – o self-publishingu i nie tylko

Zasiadłam wczoraj do programu targów, by może w końcu ustalić, co też ciekawego się dzieje i na co warto iść. Ku mojemu zaskoczeniu, wypatrzyłam debatę o self-publishingu! Co prawda tematem nie zajmuję się już od dawna, ale poczułam się zaciekawiona. Na początek jednak parę innych rzeczy.

Polski rynek książki dla dzieci i młodzieży: maj 2017 – maj 2018. Subiektywny przegląd wydarzeń

Prezentację przygotował dr Michał Zając, członek Polskiej Sekcji IBBY i wykładowca na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW. Za moich czasów istniało takie coś, co się nazywało Instytut Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa i dr Zając był tam moim wykładowcą. Przyznam, że studia wspominam bardzo dobrze, zwłaszcza jak słucham narzekań znajomych z innych uczelni/kierunków. IINiB to było dobre miejsce.

W bardzo dużym skrócie przedstawię wam najpopularniejsze trendy w literaturze dziecięcej i młodzieżowej ostatniego roku:

  • powrót literatury podróżniczej (związany ze zjawiskiem travelbryctwa i popularnością telewizyjnych programów podróżniczych);
  • popularność serii, nakręcana kolejnymi tomami;
  • powrót powieści historycznych (co dodatkowo teraz podkręca 100-lecie odzyskania niepodległości);
  • rosnąca popularność motywu stanu wojennego;
  • konwergencja mediów – zależności między popularnością książek a serialami, filmami, grami, na podstawie których zostały napisane lub które są ich adaptacjami;
  • Girls Power.

Na chwilę chciałabym się zatrzymać przy tym ostatnim punkcie, bo szczególnie mnie zainteresował. Dr Zając nazwał Girls Power „zjawiskiem roku” – i jak tam popatrzyłam na przegląd tytułów, to stwierdziłam, że wyglądają magicznie i trochę szkoda, że się zestarzałam, bo bym miała co czytać :). Jestem naprawdę pod wrażeniem liczby ciekawych pozycji o dziewczynach i dla dziewczyn.

Dr Michał Zając prezentuje książki dla dziewczyn i o dziewczynach. Przepraszam za niską jakość zdjęcia, wiadomo, telefon.

Jedna z książek, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, jest wynikiem akcji crowdfundingowej i była promowana m. in. tym spotem:

Granice.pl

Na chwilkę wpadłam na rozdanie nagród serwisu Granice.pl „Najlepsza książka na wiosnę” i „Najlepsza książka katolicka”. Jeśli chcecie dokładnie się dowiedzieć, kto co wygrał, zapraszam po informacje do serwisu Granice.pl, tu chciałam wspomnieć o czymś troszeczkę innym.

Prowadzący Sławomir Krempa przedstawił ciekawe porównanie – wg badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej czytelnicy przy szukaniu dla siebie rekomendacji najczęściej sięgają po recenzje pisane, czy to w prasie, czy w Internecie. I coś w tym jest, bo jak się okazuje recenzje książek na YouTube mają zwykle po góra kilka tysięcy obejrzeń, z kolei recenzje pisane na portalu Granice.pl mają po kilkadziesiąt tysięcy odsłon (przy czym są to odsłony powyżej 1,5 minuty). Jak widać ci, którzy książki czytają, lubią też czytać o nich.

Czy self-publishing to zagrożenie dla rynku wydawniczego? Czy powinniśmy spodziewać się odpływu wartościowych autorów w kierunku self-publishingu?

W debacie brali udział Robert Drózd z serwisu Świat Czytników, self-publisher Michał Szafrański oraz prezes Grupy Wydawniczej Relacja Anna Zdrojewska-Żywiecka. Wybaczycie, że nie przepiszę wam 6,5 strony moich notatek, lecz ograniczę się do ogólnego omówienia najważniejszych poruszanych tematów. Chciałabym kiedyś pójść spać. [aktualizacja: przycięłam, a i tak wyszło długie jak nie wiem co. Nie dziękujcie.]

Od lewej: Robert Drózd, Michał Szafrański, Anna Zdrojewska-Żywiecka
Sukces Szafrańskiego

Przede wszystkim mam wrażenie, że debata troszkę mniej mówiła o samym self-publishingu, a bardziej była case study przypadku Michała Szafrańskiego. To autor wydanej samodzielnie książki Finansowy ninja, która sprzedała się w już prawie 60 tysiącach egzemplarzy i zarobiła na czysto koło 2 mln 700 tysięcy złotych. Wynik godny pozazdroszczenia. Z kolei drugą swoją książkę „Zaufanie” Szafrański sprzedaje już poprzez tradycyjne wydawnictwo, choć w niekoniecznie tradycyjny sposób, o czym za chwilę.

Szafrański zdecydował się na self-publishing przede wszystkim z powodów finansowych – autorzy zarabiają marny procent od ceny okładkowej, resztę dostaje nawet nie wydawnictwo, a pośrednicy. Drugim z powodów był fakt, że autor dzięki swojemu blogowi zebrał sporą grupę fanów i potencjalnych czytelników, założył więc, że łatwo będzie mu sprzedać kilka tysięcy egzemplarzy bezpośrednio tej grupie, która już mu ufała i śledziła jego działalność. Po trzecie zaś, chciał udowodnić, że książka można samemu wydać i odnieść sukces.

Co do drugiej książki, Szafrański nawiązał współpracę z Anną Zdrojewską-Żywiecką na trochę innych zasadach niż „zwykli” autorzy. Jak stwierdził, fakt, iż jako self-publisher odniósł sukces i umie sam swoją książkę sprzedawać i promować, dał mu wyjątkowe warunki do negocjacji, dzięki którym dalej dobrze zarabia. Stworzył razem z wydawcą model hybrydowy, który pozwala mu sprzedawać „Zaufanie” przez jego własny sklep (gdzie zarabia tyle, co przy self-publishingu), ale też przez inne kanały, kontrolowane przez wydawnictwo i w tych zarabia jak zwykły autor.

Jeśli chodzi o różnice, to jako self-publisher sam musiał wybrać sobie współpracowników, kto zrobi skład, korektę i oczywiście popełniał przy tym błędy. Z kolei przy współpracy z wydawnictwem musiał zaufać, że ktoś inny zrobi tę samą pracę tak samo dobrze jak on albo lepiej. I dzięki wydawnictwu proces przygotowania książki do publikacji idzie znacznie łatwiej i szybciej.

Model hybrydowy

Michał Szafrański jest zwolennikiem budowania wszelkiego rodzaju hybrydowych, nowych form współpracy wydawcy z autorem, takich jak przedstawiona powyżej. W USA już działa system, w którym wydawca wspiera autora, porządnie mu płaci, a autor jest mocno zaangażowany w promocję, ma też swoją bazę czytelników, z którymi się komunikuje i buduje lojalność. Oczywistym jest, że autor musi pomagać sprzedawać swoją książkę.

Self-publishing będzie zagrożeniem dla tych wydawców, którzy nie będą chcieli zmienić swojego myślenia o autorach, nie będą oferować im interesujących, konkretnych form promocji, nie będą się godzić na nietypowe projekty i rozwiązania. Sztampowe działania bez wykorzystania potencjału poszczególnych twórców są dziś barierą.

Self-publishing z punktu widzenia wydawcy

Anna Zdrojewska-Żywiecka stwierdziła, że dla wydawcy self-publishing to przede wszystkim interesująca przestrzeń do szukania nowych treści. Nie zawsze propozycje wydawnicze są ciekawe, a tak jest dodatkowy kanał, gdzie wydawca może szukać dla siebie treści.

Zaletą współpracy z self-publisherem jest też to, że ten zwykle zna się na promocji i chce się angażować w różne akcje, jest dobry w komunikowaniu się bezpośrednio z czytelnikami, przyciąga ich. Tradycyjni autorzy zwykle tylko chcą mieć dobra promocję, ale niekoniecznie chcą się angażować, włożyć w nią swój czas czy pieniądze.

Większość autorów-debiutantów nie ma też zaplecza, musi je dopiero budować z wydawcą. Wydawca musi zadecydować, czy to mu się opłaca, ile wysiłku musi w to włożyć. Ze względu na to self-publisherzy powinni być lepiej traktowani, bo mają już rozpoznawalność. Czasem blog wspiera wydanie książki, czasem wydanie książki napędza ruch na bloga.

Natomiast główne zagrożenie ze strony self-pubhingu jest takie, że Polacy nie czytają wiele, niektórzy tylko jedną książkę, i jeśli tą jedną książką jest self-pub, to wydawca na tym traci. Pytanie, czy wydawca potrafi dotrzeć do takiego czytelnika. Z kolei ci, którzy dużo czytają, cenią sobie wygodę, bo i tak mają już za duży wybór ciekawych książek i księgarń, self-publishing to dla nich tylko kolejny, trudny kanał sprzedaży, a oni chcą kupować prosto, w Empiku czy Bonito.

Self-publishing w USA a w Polsce

Ogólnie o self-publishingu wypowiadał się Robert Drózd. Zauważył, że w świecie anglosaskim istnieje szereg platform, które ułatwiają autorowi łatwe, samodzielne wydanie, np. Kindle Digital Publishing, Smashwords, Wattpad. U nas takiej platformy nie ma. Przez pewien czas działało Wydaje.pl, ale pełniło w zasadzie wyłącznie funkcję dystrybutora i było zbyt małe i zbyt mało rozpoznawalne, by realnie pomagać autorom w byciu odnalezionym przez czytelnika. A potem upadło. Dlatego proces promocyjny w Polsce jest bardzo ciężki, a autor musi mieć własną platformę dystrybucji i bazę czytelników, samo wstawienie książki do katalogów różnych księgarni to za mało.

Self-publishing w USA tak naprawdę nie jest do końca zbadany. Ostatni raport ze sprzedaży e-booków wykazał, że ta spada, ale problem polega na tym, że badanie obejmowała wyłącznie tytuły notowane przez wydawców. Serwis Authors Earnings z kolei podał, że sprzedaż e-booków rośnie, właśnie po uzględnieniu self-publisherów i innych alternatywnych form wydawania.

E-book vs papier

Michał Szafrański przyznał, że e-booki niezbyt mu się opłacają, bo jest na nie 23% VAT, a na wydanie papierowe tylko 5%. Poza tym klient oczekuje, że e-book będzie tańszy, co jeszcze obniża zysk. To jego zdaniem paradoks, który hamuje rozwój rynku elektronicznego. Powiedział też, że e promocji e-booka przeszkadza piractwo. Nawet jeśli wstawi się znak wolny, trzeba mieć jeszcze wolę ścigać naruszenia. Jeśli nie ma się na to siły, to lepiej po prostu e-booka nie udostępniać – na to Robert Drózd od razu zauważył, że jak się nie da czytelnikom e-booka, to sami go sobie zrobią, albo chociaż wrzucą skany do Internetu.

Wydawnictwa Vanity

W Polsce przede wszystkim działa sporo wydawnictw Vanity, gdzie autor płaci za wydanie swojej książki, a jak tytuł się sprzeda, to najwyżej część z zainwestowanych środków odzyska. Wiele z tych wydawnictw nie cieszy się dobrą opinią, bo skupia się na zarabianiu na autorach, nie na książkach. Choć są też takie, które traktują promocję poważnie i np. są obecne na tegorocznych WTK czy rozsyłają egzemplarze do recenzji. Poza tym część autorów wcale nie myśli o zarobku, zależy im głównie na trafieniu do czytelnika.

Anna Zdrojewska-Żywiecka dodała, że Vanity zaburzają niektórym autorom postrzeganie rynku wydawniczego. Część autorów przygotowuje się do wysłania swojej powieści, sprawdza które wydawnictwo co wydaje i wybiera takie, które najlepiej pasują do profilu. Inni wysyłają swoje książki na oślep. Do tych drugich często odzywają się tylko wydawnictwa Vanity. Przez to potem tradycyjni wydawcy potrafią dostawać zapytanie, ile u nich kosztuje wydanie książki, choć to przecież tak nie działa. Vanity tworzy więc dla niektórych autorów nieprawdziwy obraz wydawnictw. Dlatego tak ważne jest, by autor zrobił porządny risercz nim wyśle propozycję książkową.

Robert Drózd zauważył też, że współpraca z wydawcą daje autorowi gwarancję jakości i markę, a Vanity tego nie mogą zaoferować.

Podsumowanie

Jeśli chodzi o parę rad dla potencjalnych self-publisherów, jakie padły w trakcie debaty, to najważniejsze jest zbudowanie sobie właśnie bazy odbiorców, czy to przez blog, czy inną działalność (wg. Szafrańskiego jakieś dwa lata buduje się audytorium gotowe kupić co najmniej 1000 egzemplarzy). Po drugie, trzeba włożyć wysiłek w promocję, by wyjść poza grupę wcześniej zdobytych czytelników.

Co kupiłam?

Oczywiście książki od Karakteru. W zasadzie co roku kupuję coś na ich stoisku, bo albo akurat mają interesujące mnie nowości, albo uzupełniam sobie wcześniejsze tytuły. Tym razem padło na Historię Projektowania Graficznego oraz Epoka spektaklu. Perypetie architektury i miasta XXI wieku. Już się nie mogę doczekać czytania, choć niestety Karakter wydaje książki szybciej niż ja je mam czas czytać, także zaległości innych ich pozycji mam ogromne – chwilowo nadrabiam Czerwonego Montera.

Poza tym kuszą mnie Ciemne typki z d2d, bo są dosyć tanio i wyglądają ciekawie, dziś już ich nie brałam, bo miałam ciężko, ale może jutro jeszcze się skuszę, choć NAPRAWDĘ nie mam już miejsca na półce.

(Wrzucę zdjęcie mojej karakternej półeczki jak będę miała lepsze światło, co byście mi nie musieli na słowo wierzyć, że mam tego zdecydowanie za dużo.)

A jutro…

Na Targach będę także jutro, więc jakby ktoś chciał mnie złapać, to proszę bardzo. ;) Wypatrzyć mnie łatwo, kolorowe dredy rzucają się w oczy. Co do planów, to przede wszystkim chciałabym zobaczyć strefy tematyczne – fantastyki i popkultury – bo to nowość na WTK. Nie udało mi się dziś do nich dotrzeć, bo znajdują się w jakimś dziwnym miejscu i ciężko mi było z mapy zrozumieć, jak mam się tam dostać. Więcej o tym – jutro.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s