Sprawozdanie z lektury: Idź i czekaj mrozów, Marta Krajewska

Mam zawsze problem z takimi książkami. W zasadzie mogę o nich powiedzieć tyle, że je przeczytałam. Postaci jakieś są, wątki lepsze i gorsze, ani nie ma czego specjalnie chwalić, ani czego ganić.  Ot, przeczytałam.

Najlepszym elementem książki jest świat przedstawiony. Oto wioska na końcu świata, otoczona przez najróżniejsze, znane ze słowiańskich wierzeń potwory i bogów, leżąca w cieniu ruin twierdzy kiedyś potężnych wilkarów. Obrzędy i święta świetnie budują klimat, podoba mi się też, że istoty nadprzyrodzone są jednoznacznie pokazane i ingerują wyraźnie w życie mieszkańców, choć przybysze z zewnątrz powątpiewają w ich istnienie lub sens składania darów. Dla jednych więc potwory są prawdziwe, dla innych to tylko bajki. Tak samo granice dobry-zły, nasi-obcy wcale nie przebiegają tak prosto, jak może się w pierwszej chwili wydawać.

Do tego dochodzi nam jeszcze motyw Czerwonego Kapturka. Parę lat temu zaczęła się moda na tzw. re-telling baśni. Ponieważ zbytnio się tym gatunkiem nie interesuję, ciężko mi powiedzieć, czy Idź i czekaj mrozów już pod tę kategorię podpada, czy jeszcze nie. W każdym razie nawiązania do Czerwonego Kapturka przewijają się przez całą książkę, aczkolwiek niespecjalnie coś wnoszą.

Szkoda też, że niekoniecznie coś się ciekawego w tym świecie przedstawionym dzieje. Wątków mamy co prawda od groma, bo każdy z mieszkańców wioski a to skrywa jakieś sekrety, a to wpada w kłopoty, ale żaden z nich nie przykuwa uwagi. Tak jak napisałam wyżej, nie dlatego, że jest to książka zła, ale zwyczajnie przeciętna. Postaci nie są specjalnie intrygujące, ale nie można powiedzieć, że nie są różnorodne albo pozbawione charakteru. Ich historie są dosyć interesujące, bo dostajemy cały szereg słowiańskich stworów, ale po prostu brakuje im czegoś ekstra. Ot, czyta się to szybko i przyjemnie, natomiast jeśli się tego nie przeczyta, to niewiele się straci. Odnoszę nawet wrażenie, że jakby rozbić te historie na cykl osadzonych w tym samym świecie opowiadań, byłyby ciekawsze, bo może pozwoliłyby wejść mocniej w szczegóły poszczególnych wątków.

Dlatego pewnie trochę dziwnie zabrzmi, jeśli powiem, że i tak bardziej mnie interesowały te wątki poboczne niż główna fabuła. Cały problem leży w tym, iż opiera się ona mocno na romansie głównej bohaterki Wendy i ostatniego z wilkarów DaWerna. Niestety nie jest to romans dobrze napisany. Bolą mocno infantylne dialogi, a w ich przekomarzaniach nie ma niczego uroczego ani specjalnego (zresztą wszyscy mieszkańcy wioski rozmawiają o tym związku jak nastki z gimnazjum). Ciężko zrozumieć, czemu wilkar się w Vendzie zakochał. Ani ona jakaś specjalna, ani nic się konkretnego między nimi nie wydarzyło, ot, pojawia się i już jest nią zainteresowany. Zresztą sam wilkar też wyszedł na typowego buca, co to się nie odezwie, tylko będzie fochał, udawał obrażonego i w ogóle robił łaskę, że pomaga i wcale nie ma żadnych uczuć, uczucia są fe. Ech, irytujące są takie postaci; nie widzę w nich nic ciekawego ani pociągającego. A skoro nieszczególnie polubiłam postaci, to ciężko mi im kibicować. Jeszcze trudniej zrozumieć czemu Venda podejmuje takie a nie inne działania – wszystko się tu opiera na miłości, ale ta miłość nigdy nie zostaje na tyle pokazana i wyjaśniona, by usprawiedliwiać dokonane poświęcenie.

A przecież tyle można z tym zrobić – z jednej strony mamy potwora chcącego sprowadzić nieszczęście na mieszkańców wioski, z drugiej strony młodą, niedoświadczoną dziewczynę, która musi stawiać odpór potworom, ale nie dość, że czuje się tym zadaniem przytłoczona, to jeszcze zakochuje się w wilkarze. Szkoda, że autorka nie poszła mocniej w psychologię, nie uwypukliła wewnętrznego konfliktu bohaterki, nie rozegrała mocniej wątku niechęci mieszkańców wioski do ich związku. Można by zrobić z tego coś, co naprawdę by czytelnika przy lekturze bolało. Zamiast tego romans jest mocno rozwodniony i nijaki.

Ukazał się już drugi tom, Zaszyj oczy wilkom i nie jestem przekonana, czy się za niego zabierać. Z jednej strony, jest niedokończony wątek Atry czy Wiljo, o których bym nawet poczytała, z drugiej – zniechęcają mnie kompletnie Venda i DaWern, a przecież oni są głównymi bohaterami. Idź i czekaj mrozów może nie jest złe, ale nie jest na tyle dobre, bym wepchnęła drugi tom w kolejkę innych oczekujących książek.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Sprawozdanie z lektury: Idź i czekaj mrozów, Marta Krajewska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s