Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi, Janette Sadik-Khan i Seth Salomonow

Jeżeli w Nowym Yorku się udało… to, jak mówi poeta, uda się wszędzie.

Wprowadzając się do nowego mieszkania, gdzie z okien sypialni widziałam drzewa, z satysfakcją myślałam, że nie na pewno mi ich nie wytną, bo ze względów technicznych nie da się na ich miejsce postawić kolejnego bloku. Świadomość tego faktu była szczególnie miła biorąc pod uwagę, iż na warszawskim Powiślu, gdzie do tej pory mieszkałam, zabudowano każdy milimetr wolnej przestrzeni. Do tej pory za każdym razem, gdy tam bywam, podziwiam te wykraczające poza granice zdrowego rozsądku i zasad estetyki budowlane potworki.

Oczywiście mój optymizm był przedwczesny i z drzewami przyszło mi się parę miesięcy temu pożegnać. Jedyny plus jest taki, że były to drzewka na tyle młode, by można je było wykopać razem z korzeniami i przenieść gdzieś indziej. Tak oto „moje” drzewa stoją teraz pod cudzymi oknami. Ja natomiast zyskałam parking. Ponieważ powietrze nie jest wystarczająco obrzydliwe, a ulice w okolicy wystarczająco oblężone, trzeba dostawić jeszcze trochę samochodów.

Janette Sadik-Khan pewnie najpierw złapałaby się za głowę widząc, co się tutaj dzieje, a zaraz potem wzięłaby się do pracy. Ta kobieta czynu przez siedem lat pełniła funkcję komisarza do spraw transportu w Nowym Yorku i odmieniła jego ulice używając głównie taniej farby i leżaków plażowych. Czy amerykańskie doświadczenia mogą nam się do czegoś przydać na polskich drogach?

I choć oczywiście opowieść o wprowadzaniu nowej jakości w życiu nowojorskich dzielnic za pomocą farby, donic oraz leżaków brzmi pięknie i romantycznie, to nie brak w tej książce bardzo praktycznego i zdroworozsądkowego podejścia do problemów ruchu drogowego. Może nie jest to podręcznik, ale na pewno świetne źródło inspiracji dla aktywistów, pracowników miejskich, przede wszystkim zaś – mieszkańców.

Sadik-Khan jest wyznawczynią dosyć „kontrowersyjnej” tezy, jakoby miasto – a tym samym ulice – były dla ludzi. I to przede wszystkim ludzie powinni się po nich poruszać, nie zaś samochody, przestrzeń powinna zaś być przeznaczona dla ludzi, nie na kolejne autostrady albo miejsca parkingowe. Wiele osób już w tym miejscu zacznie zgrzytać zębami, że oto znów wytacza się wojnę kierowcom, dyżurnym chłopcom do bicia. Zabiera im się miejsca parkingowe, oddaje ich pasy autobusom i rowerzystom, w ogóle niepotrzebnie utrudnia życie. Ja też w trakcie czytania tej książki odczuwałam potrzebę stwierdzenia „No dobrze, ale…”. Bo, jak się okazuje, problem najczęściej wcale nie tkwi w ulicy, ale w głowie.

Głównym wnioskiem z lektury jest, że zmiany wprowadzać jest ciężko nie ze względu na koszty, utrudnienia, infrastrukturę, ale mentalność ludzi, którzy są gotowi bronić starych rozwiązań, nawet jeśli te się nie sprawdzają. Albo „walczyć z otyłością metodą popuszczania pasa”. Czyli budować szersze drogi, więcej pasów dla samochodów, więcej miejsc parkingowych i żeby opłaty za parkowanie nie były jakoś bardzo wysokie. Ta książka doskonale tłumaczy czemu takie podejście nie rozwiązuje ani problemu korków, ani parkowania na trawniku – nie dlatego, że źli piesi, rowerzyści i aktywiści tak chcą, ale dlatego, że takie są fakty i nie można się obrażać na rzeczywistość. Im więcej infrastruktury dla samochodów, tym więcej samochodów. Najprostsze rzeczy najtrudniej sobie czasem uświadomić. Na przykład to, że „samochody nie utykają w korkach. One tworzą korki”. Jedyne, co więc możemy zrobić, dla swojego zdrowia, dla środowiska, dla małych biznesów, ale też w celu zlikwidowania korków, to sprawić, by mniej osób jeździło samochodami.

Jeśli więc chce się uczynić ulicę przyjaźniejszą, trzeba w pierwszej kolejności wyplenić stereotypy. Zespół Sadik-Khan wykonał zaskakująco drobiazgową pracę, w postaci konsultacji społecznych, obserwowania i badania ruchu, identyfikowania najniebezpieczniejszych albo najbardziej zakorkowanych miejsc, edukacji mieszkańców, zbierania szczegółowych danych, tworzenia raportów, wykresów, słupków. Wszystko po to, by pokazać, że głównymi klientami lokalnych sklepów wcale nie są kierowcy i że jeśli ulicą obok sklepu porusza się więcej pieszych niż samochodów, obroty wzrastają, bo więcej osób wchodzi do środka. Albo że zwiększenie liczby miejsc postojowych nie rozwiąże problemu z parkowaniem, bo ściągnie jeszcze więcej kierowców myślących, że teraz już na pewno uda się zaparkować. Albo że zmniejszenie liczby pasów ruchu dla samochodów z trzech do dwóch wcale nie powoduje korków, tylko je zmniejsza! Albo że wyznaczenie ścieżek rowerowych zwiększa bezpieczeństwo na drogach w znaczący sposób i zmniejsza liczbę wypadków, tak samo jak strefy ograniczonej prędkości. Albo że ludzie nie korzystają z autobusów nie dlatego, że autobusy są głupie, tylko dlatego, że ich trasy nie są dostosowane do potrzeb ludzi. Wystarczy lepiej wszystko rozplanować i nagle liczba pasażerów wzrośnie.

Warto dokładnie przyjrzeć się temu, jak Sadik-Khan i jej zespół projektowali ulice i jak wprowadzali zmiany. Wspomniane jest tu wszystko, nie tylko strona techniczna. Najważniejszy jest czynnik ludzki, bo w końcu ulice są dla ludzi. Trzeba wsłuchać się w ich głos i w to, jak się poruszają. Często przechodzą w niedozwolonym miejscu? Może zamiast zakazów warto dodać przejście dla pieszych. „Wylewają” się z chodnika na jezdnię? Może trzeba poszerzyć chodnik. Ulice są ciemne, nieprzyjazne, zawalone samochodami? Może wystarczy parę donic, stolików, nowe latarnie, dogadać się z lokalnymi restauracjami, urządzić parę ulicznych imprez. Zlikwidować parę miejsc postojowych, ale zaoferować alternatywne środki podróżowania. Jeśli stworzy się przestrzeń dla ludzi, ci przyjdą.

Oczywiście nie zawsze jest różowo, Sadik-Khan opisuje więc jak musiała walczyć z mediami, które uparcie nie chciały przyjąć do wiadomości twardych danych, ich nowojorskie ulice stały się lepiej zorganizowane i bezpieczniejsze. Dziennikarze żyli w innej mentalności i zajęło im lata, nim się przestawili i przestali opowiadać głupoty o tym, że „Nowy York nigdy nie będzie Amsterdamem”. Tak samo mieszkańcy, bo choć większość była ze zmian zadowolona albo nawet sama o nie prosiła, zawsze znalazła się grupa głośno krzycząca, że zmiany są niepotrzebne, a nawet szkodliwe. Sprawy o ścieżki rowerowe albo nowe światły trafiały do sądu. Na szczęście ten rozstrzygał zawsze na korzyść zmian, bo po raz kolejne twarde, liczbowe dane udowadniały, że Sadik-Khan nie jest szalona. Wie, jak zmienić miasto na lepsze.

Jednak najważniejszy dla mnie w tej książce jest optymizm. Wyłazi spomiędzy zdań i przypomina, że nie jest jeszcze tak źle ani z ludźmi, ani z naszym światem. Rewolucyjne zmiany możliwe są i w amerykańskim Nowym Yorku, i w kolumbijskim Medellin, a nawet w Warszawie. Trzeba tylko zakasać rękawy i nie bać się ciężkiej, niewdzięcznej roboty i nie poddawać, gdy pod nogi lecą kłody. A jeśli ktoś myśli, że przesadzam, bo przecież chodzi tylko o głupie ścieżki rowerowe albo miejsca parkingowe, to niech pamięta, że w Nowym Yorku kierowca ciężarówki za rozjechanie na pasach dziecka idącego do szkoły dostał wyłącznie mandat. Może stwierdzenie, że ulice powinny być przede wszystkim dla ludzi, albo że bezpieczeństwo jest ważniejsze od prędkości wcale nie są aż tak kontrowersyjne. W końcu rewolucje zaczynają się właśnie na ulicy.

Reklamy

4 myśli na temat “Walka o ulice. Jak odzyskać miasto dla ludzi, Janette Sadik-Khan i Seth Salomonow

    1. Dobrze się czyta takie artykuły, jakby prosto z „Walki o ulice” ;) Mała zmiana na lepsze, a dużo z niej radości dla mieszkańców.

      Co do siłowni pod chmurką, to rzeczywiście zależy gdzie – najbliżej mnie jest siłownia w parku, obok placu zabaw, pomiędzy licznymi blokami, a z dala od ulicy. Ławki ani szatni nie ma, ale często widuję tam ćwiczących, często starsze osoby, więc swoją rolę spełnia jak najbardziej. :)

      1. Szatnia faktycznie zbędna (wrzuciłem trochę, żeby podbić absurd ;)), ale położenie chyba najważniejsze. Skoro obok jest park z placem zabaw, można nawet przechodząc obok do parku lub z wnukami wskoczyć na chwilę na urządzenia;-)

      2. Dokładnie :) To w ogóle jest świetne położone i zagospodarowane miejsce, jest plac, siłownia, kosze do koszykówki, stoły do szachów i pikników, wędkarze sobie ryby łowią, dzieci się bawią, rodzice wygrzewają w słoneczku. Latem robią też kino plenerowe. Stawy Brustmana się to nazywa. Chciałabym, żeby jak najwięcej takich miejsc było, gdzie ludzie naturalnie tłumnie ściągają, bo jest tam co robić. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s