Czytania jeszcze nie zakazali – krótki rant o #antypiracimy

Powiem krótko na wstępie, dla porządku, że naprawdę nic nie mam do żadnych akcji promujących kupowanie e-booków w sklepach zamiast ściągania z Chomika. Sama wolę kupować, bo wtedy mam jakąś minimalną gwarancję, że plik będzie przygotowany profesjonalnie i da się go czytać nie wykrwawiając sobie oczu na literówkach i błędach składu. Ale jak żem zobaczyła hasło nowej akcji Virtualo to mi ręce jako te płetwy opadły.

Virtualo wystartowało z nową akcją „Czytam legalnie”, wspieranym hastagiem #antypiracimy. I niezależnie jak słuszne były intencje pomysłodawców, to hasło jest o kant dupy potłuc. Czytam legalnie? Poważnie? Bo tak generalnie to czytanie zawsze było i jest legalne, chyba że rząd znowu coś po nocy przegłosował, a ja nie zauważyłam. Nawet czytanie Mein Kampf jest, o zgrozo, legalne.

Przez Internet akurat przetacza się smutny news, że tylko 37% Polaków przeczytało książkę w 2015 roku. Jest więc gorzej niż kiedykolwiek, jest tragicznie, no po prostu nie. A tu jeszcze uwaga! Lepiej uważaj z tym całym czytaniem, prosty człowieku, bo jeszcze się okaże, że czytasz nielegalnie. Pod jakiś paragraf możesz podpaść! Zachęta jak nie wiem co.

Problem polega oczywiście na uogólnieniach i uproszczeniach. Rozmawiając o piractwie posługujemy się określonymi skrótami myślowymi i niby dobrze wiemy, o co chodzi, gdy ktoś mówi o „ściąganiu nielegalnych filmów”, „czytaniu nielegalnych e-booków”, ale jak tak się bliżej tym konstrukcjom przyjrzymy, to dostrzeżemy problem. W przykładzie numer jeden nielegalna nie jest ani czynność ściągania, ani też nie chodzi o filmy nielegalne (Jakie to właściwie? Produkcje snuff?). Tak samo w przypadku książek – a wydawać by się mogło, że gdy mowa o literaturze, dobór słów będzie kluczowy.

Przemawia przeze mnie straszna gorycz i irytacja w tym poście, bo uważam, że hasło „Czytam legalnie” jest po prostu głupie. Rozumiem, że na pierwszy rzut oka (ucha?) brzmi ładnie, jest krótkie, proste i w punkt, ale w praktyce nie ma sensu. Sugeruje istnienie jakiegoś czytania niedozwolonego, zabronionego, karalnego. Kładzie akcent zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Bo oto czytelnik dopuszcza się czynności niedozwolonej. Nie, nie rozpowszechniania. Nie, nie ściągania. Tak właśnie – czytania. Bo magicznie przenieśliśmy się do państwa totalitarnego i czytanie dzieli się na dobre i złe.

Oczywiście niby wiadomo, o co chodzi, ale niesmak i tak pozostaje. Dla pewności Virtualo przygotowało infografikę ze streszczeniem praw czytelnika (co prawda już na początek stawia pytanie i na nie nie odpowiada, ale oj tam oj tam).

antypiracimy_infografika

Tyle z tego dobrego przyszło, że jak wejdziecie tutaj i zrobicie, co tam napisali, to możecie wygrać czytnik PocketBook Touch Lux 3. Miejmy jakieś minimum pożytku z tego językowego koszmarka.

Z kolei tutaj znajdziecie nagranie z debaty o piractwie – nagranie jest znacznie lepszej jakości niż transmisja na żywo, którą miałam okazję oglądać. Jeśli więc ktoś przegapił poniedziałkowy stream, to nic nie stracił. Zachęcam do obejrzenia, zwłaszcza jeśli ktoś specjalnie się tym tematem na co dzień nie interesuje, choć osobiście odnoszę wrażenie, że nie powiedziano absolutnie niczego nowego i ciekawego.

Reklamy

15 uwag do wpisu “Czytania jeszcze nie zakazali – krótki rant o #antypiracimy

  1. W zupełności popieram, iż dobór słów jest tutaj kluczowy. Może być, że już w zapomnienie odeszło, że można czytania zabraniać i może ono być nielegalne, ale nie uważam, że to dobrze. Może trzeba polecić głoszącym to hasło kilka lektur – Bradbury i Orwell na początek…

  2. Dzień dobry! Pani Agnieszko – bardzo dziękujemy za Pani komentarz. :) Spodziewaliśmy się, że temat naszej akcji będzie budził gorące emocje, a także że nie każdy będzie się z nami zgadzał. O to też chodzi – przede wszystkim o szeroką dyskusję na ten temat i zwrócenie uwagi na problem pirackich ebooków, który z pewnością jest problemem realnym. Tak naprawdę im szersza dyskusja na ten temat tym lepiej dla wszystkich – czytelników, wydawców, twórców, a także dla dystrybutorów. Dlatego – dyskutujmy! Pozdrawiamy. Zespół Virtualo.pl

    1. Ale ja nie mam problemu z tematem Waszej akcji, szczególnie gorących emocji też we mnie nie budzi, bo to nie pierwszy raz, jak ktoś promuje „antypiracenie”. Zwracam tylko uwagę, że hasło wybraliście niefortunnie.

  3. Mnie się widzi, że to hasło jest jakimś tam ideowym nawiązaniem do już w pewnym stopniu zakorzenionego: Legalna Kultura. A przynajmniej takie są moje skojarzenia. Więcej problemów mam z hasztagiem, który tak jakby nie bardzo mam sens i znaczenie. ^^”

    1. Hashtag jest słowem wymyślonym i jestem w stanie je przełknąć, bo ma promować korzystanie z oficjalnych źródeł w przeciwieństwie do piracenia. Przeciwieństwo, czyli anty. Średnie, ale ujdzie. Z Legalną Kulturą mam zasadniczo ten sam problem, bo co to jest kultura nielegalna? Po prostu nie lubię tego skrótu myślowego.

  4. Dzień dobry! Drogie Panie – tak, tropy są dobre. W pewnym stopniu nawiązujemy do zakorzenionego już zwrotu „Legalna Kultura”, który funkcjonuje w języku dzięki działaniom fundacji o takiej właśnie nazwie. Hasztag umożliwia nam działania przede wszystkim na Instagramie i pozwala docierać do osób bardzo młodych, które komunikują się swobodnie w ten sposób. Póki co konkurs na Instagramie z użyciem hasztaga #antypiracimy świetnie się rozkręca – uczestnicy naprawdę zaskakują nas swoją kreatywnością! Polecam sprawdzić :) To oczywiste, że zwrot „czytam legalnie” jest pewnego rodzaju metaforą. Najważniejsze jednak, żeby jak najwięcej osób zastanowiło się nad tym problem, który niewątpliwie istnieje, jest duży, a przyzwolenie społeczne na korzystanie z „nielagalnych” źródeł kultury jest wręcz porażające. Taki więc jest nasz główny cel – dyskutować, dyskutować i jeszcze raz dyskutować :) a potem wyciągnąć wnioski i edukować dalej. Dlatego dziękuję za to, że Panie zabrałyście głos w naszej dyskusji! Justyna Banaszczyk Virtualo.pl

  5. Szczerze mówiąc, myślę, że jednak trochę Pani przesadza. Tak jak Pani wspomniała, hasło jest proste, krótkie i powszechnie zrozumiałe. Tak głębokie analizowanie jego sensu mija się z celem. Natomiast też uważam, że nie jest doskonałe. Przy pierwszym kontakcie trochę mnie rozbawiło, bo oczami wyobraźni od razu ujrzałem „czytanie nielegalne” (-Za co siedzisz? -Za 2 rozdziały Balladyny z Chomika). Efekt nieco komiczny. Nawiasem mówiąc piractwo ma czasem niezły potencjał marketingowy, jednak nie wiem czy ma to zastosowanie na rynku książek.

  6. vessnastoriae

    Ja zawsze przy takich akcjach zastanawiam się, do kogo są kierowane. Osobiście nie znam ani jednej osoby, która nie czyta książek, i, co tu dużo mówić, zdecydowana większość za nie nie płaci. Ściąganie ebooków jest u nas uważane za formę biblioteki, do której po prostu nie trzeba iść – bo jest w Internecie, w domu. I w zasadzie na za bardzo jest o co mieć pretensje – ktoś, kto przyzwyczaił się do niepłacenia (albo go na to płacenie nie stać – ale tę kwestię zostawmy na boku), na pewno nie przekona się do tego dzięki banerkom o legalnym czytaniu.

    Swoją drogą, może wychodzę za daleko, ale jak dla mnie „czytaj legalnie” jest wręcz zachętą do zbuntowania się i zrobienia czegoś zupełnie odwrotnego – i zaryzykuję stwierdzenie, że nie tylko dla mnie. Szkoda że, jak słusznie wspomniałaś, nie istnieje nic takiego, jak czytanie nielegalne, więc dreszczyk emocji mija tak szybko, jak się pojawił.

    Ech.

    1. Mam wrażenie, że na razie akcja najlepiej ma się wśród użytkowników Instagrama, którzy wrzucają zdjęcia konkursowe :) Ale nie wiem, na ile udział w konkursie przekłada się na wzrost świadomości. Ogólnie tego typu kampania chyba zaszkodzić w żaden sposób nie może, więc nie widzę powodu, by jej nie urządzać. Targetu i skuteczności ocenić nie potrafię, to już wiedzieć powinien organizator.

      Osobiście płacę za 99% książek, głównie dlatego, że mam ustawione milion newsletterów i alertów cenowych, a także mam duuuuży zapas starszych książek. Z tego względu nie śpieszy mi się z zakupem i kupuję nowe pozycje wtedy, gdy ich cena spadnie poniżej 20 zł i dla mnie to jest akceptowalna kwota. Szukać kopii po Internecie zwyczajnie mi się nie chce, chyba że to książka bardzo mi potrzebna/inaczej niedostępna.

      1. vessnastoriae

        Też cierpię na książkozbieractwo ;>. Czekam na wakacje, żeby to wszystko pochłonąć. Jednak największe przekleństwo to dla mnie tanie księgarnie – niby tanie, a zawsze i tak wydam więcej, niż wydałabym w normalnej. Zło.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s