Lektury lutego ’16

Luty czytelniczo wygląda bardzo podobnie do stycznia – kontynuuję nadrabianie Ekumenty, przeplatając fantastykę literaturą faktu. Nigdy nie czytałam aż tak wielu książek niebeletrystycznych!

Ginekolodzy, Jürgen Thorwald

To jedna z tych książek, które jednocześnie budzą zachwyt i przygnębienie. Bo jak tu nie zachwycać się odwagą, inteligencją i determinacją lekarzy oraz ich pacjentek, którzy nie posiadając współczesnych narzędzi, wyników badań, znieczulenia czy wiedzy o anatomii i rozmnażaniu dokonywali wielkich medycznych przełomów, dzięki którym nie tylko ciąża i poród stały się bezpieczniejsze i łatwiejsze, ale też wyleczono wiele powszechnych kiedyś chorób kobiecych.

Ginekolodzy będą książką prowokacyjną. Opowiada ona o brutalności wielu lekarzy, ich wrogości do kobiet, kulcie macicy, któremu się oddawali, nawet jeśli kobieta musiała umrzeć z tego powodu.

Przygnębia, bo niektóre z wypowiedzi lekarzy cytowane w tej książce spokojnie mogłyby jutro trafić na stronę główną Frondy i wielu by im przyklasnęło. Nie chodzi nawet o te najbardziej kuriozalne historie rodem z XV-XIX wieku, gdy lekarze musieli przeprowadzać badania i przyjmować porody z zasłoniętymi oczami, a kobiety męczyły się pod wieloma warstwami pierzyny, co by nie ukazać przypadkiem kawałka grzesznego ciała. Nie chodzi o wyścigi, kto przeprowadzi więcej cesarskich cięć. Nie chodzi o brutalność, która towarzyszyła mocno zaniedbywanej dziedzinie, jaką była ginekologia.

Jeżeli poród nie mógł się odbyć całkowicie naturalnie, kobiety nadal umierały lub do kresu swoich dni żyły z porozrywanymi pochwami, kroczami i odrażającymi przetokami między pęcherzem moczowym, odbytem a pochwą, których nikt nie potrafił zszyć. Do cierpiących ciężarnych, nie przestrzegając nakazów kościelnych, powodowane litością akuszerki wzywały potajemnie chirurgów mężczyzn. Co próbowali miażdżyć główki zakleszczonych dzieci za pomocą metalowych haków, wierteł i noży, wyciągać ich ciała po kawałku i w ten sposób ratować matki. Ale tam, gdzie rozciągała się władza Kościoła, szybko rezygnowali ze swoich krwawych praktyk.

Błędy tamtego okresu można w końcu zrzucić na karb niskiego poziomu wiedzy medycznej. Postęp nie dokonuje się z dnia na dzień i wymaga poświęceń, wiadomo. Najbardziej boli oczywiście ideologia. A ta postawi zaślepiać, ogłupiać i niszczyć życia, gdy w imię moralności, religii i sprawowania władzy nad duszami odmawia się kobiecie prawa do kontroli nad własnym ciałem, zdrowiem, płodnością. Thorwald pisze nie tylko o tym, jak powstawały nowe metody leczenia chorób, jak wymyślano przyrządy chirurgiczne i jak testowano nowe techniki operacyjne, ale też opowiada o walce, jaka stoczyła się (i toczy po dziś dzień) wokół bezbolesnego porodu, antykoncepcji czy aborcji.

„Medical Times and Gazette” uznała za rzecz niewyobrażalną, iż można oczekiwać od lekarzy „poniżania kobiety i robienia z siebie wspólnika nienaturalnego przestępstwa”. Kontynuowała: „Nigdy nie nadejdzie dzień, w którym lekarze przeniosą do porządnych domów tę ideę [antykoncepcję], ciemną i grzeszną”. Trzecie ważne czasopismo medyczne, „Lancet”, oznajmiło w 1869 roku: „Żona, której mąż praktykuje to, co nazwane jest zapobieganiem ciąży, popada siłą rzeczy w stan ducha prostytutki”.

Thorwald rozumie, że naukowe fakty i zdrowy rozsądek są ważniejsze od kwiecistego języka teoretycznych (męskich) rozważań i jakże łatwego przerzucania winy na często zdesperowane, biedne kobiety. Opisując historię ginekologii tak naprawdę opisuje historię dochodzenia kobiet do ich praw i przełamywania zabobonów. Thorwald rozumie sytuację kobiet taj w przeszłości, jak i dziś – staje po ich stronie, uznając ich prawo do profesjonalnej opieki medycznej, badań i leków, bezpiecznego porodu, antykoncepcji, podejmowania własnych decyzji. Rozumie prawo kobiety do bycia zdrową i szczęśliwą.

Na kartach Ginekologów znalazło się miejsce i dla tych, którzy działali dla dobra kobiet, i dla tych, którzy chcieli zatrzymać postęp, jak i dla tych, którzy robili tylko to, co przyniosło im sławę, niezależnie od efektów dla zdrowia kobiety. To książka szczególnie uwagi.

IMG_1049

Planeta Wygnania, Ursula K. le Guin

Jest w tej książce parę idei, które niezwykle mi się podobają. Po pierwsze – opowiada o grupce ziemskich osadników pozostawionych samych sobie na odległej planecie. Być może zostali zwyczajnie zapomniani, a może wojna w kosmosie uniemożliwiła kontakt. Tymczasem osadnicy stopniowo zapominają wiedzę cywilizowanych ludzi, tracą zdolność obsługiwania swojej technologii. Są rasą wysoko rozwiniętą, ale popadającą w ruinę, a ich problemem staje się nie kontakt z rodzinną planetą czy szerzenie nauki na nowej, lecz zwykle przetrwanie nadchodzącej zimy i najazdów barbarzyńskich gallów.

Rodowitymi mieszkańcami planety jest Lud Tewaru. I tu pojawia się drugi interesujący koncept. Choć obie rasy są inteligentne i humanoidalne, osadnicy tylko siebie uważają za ludzi, tych drugich zaś – nie. Tymczasem Tewaru odwrotnie – dla nich to osadnicy nie są ludźmi. Obie strony uważają się za lepszą i żyją uprzedzeniami do sąsiadów, co uniemożliwia porozumienie i prowadzi do tragedii. Ale zima, wojna, czas, a także nieubłagane, genetyczne zmiany zbliżą do sobie te dwie rasy.

To co mnie męczy w tej książce to podkreślanie różnic między płciami. Oczywiście zaznaczenie roli kobiet i mężczyzn z pierwotnym społeczeństwie Tewaru ma sens, ale czasem w komentarzach narratora pojawiają się irytujące wstawki typu „była kobietą więc płakała”. Wiem, jestem przewrażliwiona, ale jak się dużo czyta o dyskryminacji i potworze dżęderze to potem ciężko w trakcie lektury nie zwracać na to uwagi.

Lubię jednak tego typu książki, które tylko wykorzystują ramy gatunku by opowiedzieć o czymś znacznie bardziej przyziemnym.

Zakonnice odchodzą po cichu, Marta Abramowicz

Marta Abramowicz z trudem odnalazła ledwie dwadzieścia byłych zakonnic skłonnych z nią porozmawiać. Bo w przeciwieństwie do księży, których nieposłuszeństwo i w końcu odejście z Kościoła, potrafi być szeroko komentowane, siostry odchodzą po cichu. Niechęć do opowiadania o przeszłości wynika z wielu powodów – resztek posłuszeństwa, niechęci powrotu do traumy, strachu, rozczarowania zgromadzeniem i sobą. Polskie zakony to zamknięte mikroświaty do których niezwykle trudno się przedostać. Światy wciąż kierujące się średniowiecznymi zasadami, oderwane od współczesnych problemów.

Tylko siostry są rozliczane z tego, co zewnętrzne: ile godzin klęczą w kaplicy, jaką mają postawę, gdy się modlą, czy noszą habit. Ich dramatem jest, że przy tak ogromnej dbałości o spełnienie wewnętrznych wymagań nie mają już przestrzeni na życie duchowe. Nie starcza im sił i czasu na zaangażowanie w relację z Bogiem, relację mało uchwytną, której nie da się rozliczyć.

Książka dzieli się na dwie części – pierwsza to opowieści byłych zakonnic. Są w różnym wieku, jedne odeszły z zakonu przed rokiem, inne przed dziesięciu laty. Jedne służyły ledwie kilka lat, inne – dwadzieścia pięć. Ale w ich opowieściach przebijają się w kółko te same emocje: samotność, niezrozumienie, zwątpienie, przygnębienie, stłamszenie. Niektóre z nich popadły w depresję, miały myśli samobójcze, nerwicę. Często cierpiały z powodu zakazu zawiązywania przyjaźni, braku zwykłych więzi międzyludzkich. Ale pomoc psychologa oznaczała najczęściej wydalenie z zakonu, bo o problemach się nie rozmawia. Inne odchodzą, bo nie potrafią odnaleźć się w bezmyślnym posłuszeństwie Matce Generalnej, bo nie chcą wykonywać bezsensownych czynności, gdy mogłyby skupić się na pomocy chorym lub ubogim.

Każda, idąc do klasztoru, chciała czynić dobro. Każda próbowała, ale zakon jej to uniemożliwił.

I chyba te ostatnie historie są najsmutniejsze, zwyczajnie przykre. Z jednej strony trudno nie poczuć współczucia, gdy siostra musi prosić Matkę przełożoną o gumkę do włosów, podpaski, możliwość umycia się. Gdy musi wybierać wodę z sedesu i sięgnąć ręką aż do rury, by ją wyszorować. Gdy latami nie może spotkać się z rodziną, prywatne paczki są jej odbierane, a listy – czytane przez kogoś innego. Z ust pewnego księdza pada nawet stwierdzenie, że już więźniowie mają więcej praw od sióstr zakonnych.

Z drugiej, zmarnowany potencjał młodych, chętnych do ciężkiej pracy i działania kobiet, zwyczajnie budzi wściekłość. Siostry nie mogą dokończyć studiów ani żadnych zacząć, nie wykładają. Jeśli mają do czegoś talent, wysyłane są do zupełnie innej pracy, np. jedna z bohaterek świetnie odnajdowała się w pracy z młodzieżą, ale w zakonie jej na to nie pozwalano. Inna miała prawo jazdy, ale ponieważ podpadła Matce, nie mogła wsiadać za kółko – zakonnice miały sobie zamawiać taksówkę, choć nie było takiej potrzeby! Nawet praca na rzecz najbardziej potrzebujących jest rzadka i wcale nie wygląda tak, jak młode nowicjuszki to sobie wyobrażały. Zakony wydają się strasznym marnotrawstwem ludzkiego potencjału.

Praca przy chorych? Być może, ale po wszystkich obowiązkach wobec Boga i wspólnoty. […] Agnieszka szybko dostrzegła, że zgromadzeniu nie była miła praca na rzecz potrzebujących. A przecież siostry miały piękny, jasny charyzmat: służyć biednym, pielęgnować chorych, otaczać miłością samotnych i wykluczonych. Kiedy wstępowała, tak pięknie o tym opowiadały. […]

Potem okazało się, że zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, ale posiłki są odpłatne. Siostry pielęgniarki robią chorym zastrzyki, ale rzadko za Bóg zapłać. Służba pątnikom? Tak, ale pokoje w Domu Pielgrzyma kosztują. Przedszkole? Dla tych, których stać na czesne. Tylko siostra Maksymiliana walczyła z wiatrakami. Sama chodziła po dworcach i szukała bezdomnych, żeby opatrzyć ich rany albo po prostu wesprzeć dobrym słowem. […]

– Tego śmierdziela sama sobie opatruj, jak już go przyprowadziłaś – wrzeszczała siostra pielęgniarka na widok bezdomnego, który rozbił sobie głowę za bramą klasztoru.

Druga część to próba analizy, czemu polskie zakony kobiece utknęły w przeszłości. Autorka podaje dane statystyczne, szuka powodów psychologicznych, historycznych i socjologicznych, rozmawia też z zakonnicami z innych krajów oraz polskimi zakonnikami. Po raz kolejny robi się przykro, gdy księża i bracia sami przyznają, że zdają sobie sprawę z problemu, a najczęściej są też jego częścią, ale nic nie mogą zrobić, bo to zbyt trudne, żeńskie zakony są zbyt zamknięte i nie mają możliwości ingerencji. Przyznają też, że zwyczajnie sióstr nie rozumieją.

Głosiłem Ewangelię, ale nie wiedziałem, do kogo głosiłem. Nie miałem pojęcia o tym świecie. Chciałem pomóc. Mówiłem: „Dobrze by było, gdyby siostra wypoczęła”. Myślałem, że będzie tak jak u mnie: pójdę do przeora, wezmę dzień urlopu, pospaceruję do lesie, popływam w basenie. Ale dla niej to było niewykonalne. Jak mogłaby odmówić wykonania swoich obowiązków choć przez jeden dzień? Przecież zmęczenie nie jest żadnym usprawiedliwieniem, przełożona by się nie zgodziła. Nie wiedziałem o tym.

Problemy zamkniętego środowiska zakonnic stają się też powodem do szerszych rozważań na temat miejsca kobiety w świecie i wspólnocie religijnej. Bo to Kościół – męski Kościół – przez wieki spychał kobiety na margines, a teraz, gdy wreszcie czasem ubolewa nad słabym zaangażowaniem kobiet, dalej nie chce podzielić się władzą. Woli zasłaniać się rzekomymi diametralnymi różnicami między płciami, ignorując fakt, iż luteranki mogą zostawać kapłankami i świetnie sobie z tym radzą, tak samo jak zakonnice w USA prowadzą dobrze zorganizowaną działalność charytatywną. Być może różnice istnieją tylko tam, gdzie je postawimy – czym w końcu różnią się od Polek Francuski, że potrafią zrzucić habity, zrobić doktorat i, co najważniejsze, wyjść do ludzi?

Niektórzy wśród nas, księży, mówią wprost, że zakonnice to współczesne niewolnice. Chciałbym, żeby było inaczej. Nie znoszę, gdy siostra się wobec mnie usłużnie zachowuje, bo chcę być z nią jak brat. Ale kiedy poznałem misjonarkę, która traktowała mnie jak równego sobie, to czasem i dla mnie to było dziwne. Bo okazało się, że ja też przywykłem. Bo taj jak ktoś ciebie traktuje, tak ty potem siebie. Każdy się przyzwyczaja, i siostra, i ojciec.

Książka Abramowicz to fascynująca lektura, choć dalej sprawia wrażenie niekompletnej, temat został tylko liźnięty. A jest ciekawy nie tylko dla osób religijnych, zwłaszcza gdy ukazuje się go w szerszej perspektywie.

Po więcej cytatów zapraszam na mój blog na Booklikes.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Lektury lutego ’16

  1. Pingback: Lektury czerwca ’16 – edycja medyczna | Jak napiszę, to będzie

  2. Pingback: Czytelnicze podsumowanie roku 2016 – Jak napiszę, to będzie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s