WTK 2015 – księgarnie, które czytają i problemy chorego systemu. Dyskusja „Funkcjonowanie księgarń niezależnych na polskim rynku książki”

logowtkPierwszy dzień Warszawskich Targów Książki zaczęłam od dyskusji „Funkcjonowanie księgarń niezależnych na polskim rynku książki”. Uważam spotkanie za szalenie udane, bo bardzo wyraźnie pokazało, co jest problemem polskiego rynku książki.

A jest nim – wszystko. A dokładniej – wszyscy jego uczestnicy. W którymś momencie spotkanie zamieniło się we wzajemne przerzucanie winy między sobą, bo hurtownicy uważają, że to wydawcy są odpowiedzialni za problemy rynku, wydawcy twierdzą, że to wszystko przez hurtowników i żądnych rabatów księgarzy, a księgarze – że wydawcy nie dość ich wspierają. Gdyby oceniać środowisko książkowe na podstawie tego spotkania, to okazałoby się ono bardzo skłócone.

Ale zacznijmy po kolei. Przepraszam też na początek, że nie złapałam nazwisk wszystkich uczestników, nie wszyscy się też przedstawili. Najpierw streszczę, co mówili prowadzący z Prószyński i -S-ka oraz Sonia Draga, a potem przejdę do wypowiedzi hurtowników i księgarzy.

Małe i duże księgarnie

Pierwszy zaczął przedstawiciel wydawnictwa Prószyński i S-ka (bodajże pan Maciej Makowski, jeśli się nie mylę), który rozpoczął od wymienienia dwóch chwilowo najpoważniejszych problemów księgarni. Pierwszy z nich to stopniowe wyłączenie się rynku podręczników, a drugi to Amazon – co prawda żadnych pewnych informacji dalej nie ma, ale rzekomo trwa nabór kadry menadżerskiej dla polskiego oddziału. Żaden z tych tematów nie został pociągnięty, bo szybko okazało się księgarze bardziej zmartwieni są innymi sprawami.

Przedstawiciel Prószyńskiego stwierdził, że na rynku potrzebna jest równowaga, a to oznacza istnienie zarówno Empiku i Matrasu, jak i małych, niezależnych księgarń. Niezależne księgarnie są o tyle ważniejsze, że pomagają sprzedawać dobre, ambitne i zwyczajnie niebestsellerowe książki. Bo bestsellery poradzą sobie zawsze, nawet gdyby nie było Empiku – 50 twarzy Greya rozłożone na łóżkach wzdłuż Marszałkowskiej sprzedawałoby się tak samo dobrze. Natomiast pozostałe książki wymagają znacznie więcej zachodu. Dlatego księgarz (w domyśle – z niezależnej księgarni) to ktoś, kto powinien posiadać wiedzę o książkach i doświadczenie w ich sprzedaży, potrafić polecić i zarekomendować czytelnikowi tytuły nie tylko najgoręcej reklamowane. A wydawcom wbrew pozorom bardzo na takich księgarzach zależy, bo nieprawdą jest, że wydawnictwa żyją tylko z hitów, poza tym nigdy nie wiadomo, co będzie hitem.

Jedną z metod na poprawienie sytuacji małych księgarń ma być ustawa o stałej cenie na nowości książkowe. Miałaby ona przede wszystkim zatrzymać wyniszczającą wojnę cenową, która źle wpływa nie tylko na wydawców, ale też na Empik i Matras, które za niskimi marżami wpędzają się w kłopoty finansowe, a ich padnięcie wcale by wydawcom na dobre nie wyszło. Ustawa, jego zdaniem, pozbawi wydawców ważnego narzędzia marketingowego, jakim są rabaty, ale na dłuższą metę będzie to miało korzystny wpływ na rynek.

Wspomniano też o księgarniach internetowych, które mają rabaty zabójcze nawet dla Empiku i Matrasu. Prószyński i S-ka w firmowej księgarni internetowej daje rabat 25% i nie jest nawet w pierwszej dziesiątce stron oferujących swoje książki najtaniej.

Hurtownie

Sonia Draga na dzień dobry zaczęła od pretensji w stronę hurtowników. Narzekała, że jej wydawnictwo ma swoją siatkę przedstawicieli handlowych, którzy chcą zapewnić księgarzom dobre warunki współpracy, ale są wygryzani przez agresywnie działające hurtownie, oferujące wyższe rabaty. Księgarze zaś kierują się głównie rabatami i jeśli wydawca nie zejdzie z ceną niżej od hurtownika, kupują jego książkę u tego drugiego. Przedstawiciel Prószyńskiego ponownie podkreślił, że powinno się konkurować jakością usług, nie rabatami, bo teraz hurtownicy kupują od wydawców i sprzedają dalej z jeszcze większym rabatem, zostawiając sobie 1-2% marży, co tylko pogłębia problemy finansowe.

Źle na te wypowiedzi zareagował przedstawiciel jednej z hurtowni, tłumacząc, że hurtownie są właśnie od tego, by sprzedawać detalistom i jeśli wydawca chce robić to samodzielnie, to powinien wycofać swoje książki z hurtowni. Jego zdaniem wydawcy powinni wysłać w teren przedstawicieli merytorycznych, nie handlowych, którzy doradzaliby księgarzom co kupować i zapewniali materiały promocyjne. Na to z kolei Sonia Draga odpowiedziała, że hurtownia zapewnia ledwo 2-3 tytuły z oferty, a przedstawiciel jest od tego, by wprowadzić pozostałe trzydzieści. Podkreśliła, że w niektórych sytuacjach księgarze rezygnują z dalszej współpracy z przedstawicielami i przenoszą się do hurtowni, bo obchodzą ich wyłączenie rabaty.

Najważniejsza dobra współpraca

Sądząc jednak z wypowiedzi samych księgarzy, niekoniecznie chodzi tylko o te nieszczęsne rabaty. Pani z księgarni we Włocławku chwaliła sobie współpracę z wydawnictwem Sonia Draga oraz firmą Bedeker, bo ich przedstawiciel przyjeżdża na miejsce, pomaga przygotować wystawkę, dostarcza plakaty i zakładki, ale też dużo opowiada o samych książkach, także tych jeszcze nie wydanych, pomagając księgarzowi dokonać wyboru. Pani księgarz brakuje przede wszystkim wsparcia ze strony samych wydawnictw, stałego kontaktu z przedstawicielami oraz jakiegoś rodzaju bazy o nowościach książkowych. Bo nowości jest zwyczajnie za dużo, by księgarz bez pomocy wydawcy mógł je choćby przejrzeć.

Do dyskusji włączyła się też księgarz pracująca w „nielubianej sieci”, Matrasie. Wyjaśniła, że księgarze nie tylko nie wiedzą niczego o ustawie, ale przede wszystkim nie wiedzą niczego o tytułach, które dostają. Bo centrala coś zamawia, oni coś dostają i mają to sprzedać. Trochę to wina centrali, a trochę – wydawców. Poparła pomysł portalu informacyjnego dla księgarni, nie tylko dotyczącego nowości, bo klienci cenią sobie, gdy księgarz potrafi polecić im starsze, ale wciąż ciekawe tytuły. Wszyscy narzekają, że w sieciówkach pracują ludzie, którzy nie wiedzą, co sprzedają, ale takie są warunki, że księgarze nie mają jak książek poznać.

Potrzebni są – i stało się to hasłem całego spotkania – księgarze, którzy czytają. A tym samym wiedzą, co sprzedają.

Księgarze, którzy czytają

Tacy, jak prowadzący Księgarnię Baczyńskiego. Jej założyciele postanowili, że nie dołączą się do wojny na rabaty i obniżki, szybko jednak odkryli, że w ten sposób nie da się książkowych nowości sprzedawać. Dlatego postanowili w ogóle zrezygnować z kupowania jak największej liczby nowości, bo i tak nie mogliby mieć wszystkiego. Zamiast tego sprzedają te książki, które sami czytają. Czyli wiedzą, co polecają. Pani z Baczyńskiego wyjaśniła, że nie chce od Sonii Dragi 30 nowości – wolałaby próbki książki, dzięki którym mogłaby wybrać 3, które jej samej się spodobają. Jej zdaniem czytelnicy mają dość natłoku i trend będzie taki, że zaczną kupować mniej książek, ale lepszych.

Inna właścicielka małej księgarni zauważyła z kolei, że księgarze nie próbują się jednoczyć, by wspólnie negocjować lepsze warunki. Nie spotykają się też przy okazji targów książki. Zamiast współpracować – walczą ze sobą. Również podkreśliła brak materiałów promocyjnych od wydawców. Przyznała, że brakuje szkoleń dla pracowników i porządnych szkół zawodowych, z których można by brać czytających handlowców. Brak po prostu dobrych pracowników albo chociaż szkoleń z podstawowych rzeczy – jak podać książkę, jak ją pakować itd.

Tu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, którą powiedziała pracowniczka Matrasa – młodzi ludzie „z ideałami”, chcący pracować w branży, nie mają tak naprawdę dużego wyboru. Niewiele jest niezależnych księgarń, więc koniec końców trafiają do Empików i Matrasów, bo tylko tam mogą pracować w wymarzonym zawodzie.

Dariusz Kamiński z Portalu Księgarskiego przedstawił sytuację Wrocławia, gdzie zostało 12 dużych księgarni, z czego większość to sieciówki, nie ma też antykwariatów ani księgarni naukowych, poza malutkim PWN-em. Nazwał Wrocław wzorcowym dużym miastem, jeśli chodzi o sytuację księgarń – miasto nie ma żadnej polityki wsparcia, bo uważa ich działalność za handel, nie za kulturę, co prowadzi do znikania księgarń lub usuwania ich z centrum miasta. A sprzedaż w sieciówkach wcale nie rośnie.

Także Grzegorz Sokoliński ze Szklarskiej Poręby podkreślił, że sieciówki nie są w stanie zastąpić małych księgarni. Z prostego powodu – kiedyś w każdej małej miejscowości była księgarnia, ale zbyt niskie marże doprowadziły do ich upadku. Ich klienci nie przenieśli się ani do Internetu, ani do sieciówek, bo Empik w Jeleniej Górze nie przyciągnie pozbawionych księgarni mieszkańców Szklarskiej Poręby. Brak niezależnych księgarni w małych miejscowościach to po prostu utracona sprzedaż. Jego zdaniem wydawcy nie dbają wystarczająco o sieć sprzedaży.

Nazwał też sytuację na rynku książki „chorym systemem”. Tak chorym, jak w żadnej innej branży.

Chory system

Zdaniem Sonii Dragi choroba systemu leży m. in. w długości okresu oczekiwania na pieniądze. Wydawca inwestuje w książkę – kupuje prawa, płaci za tłumaczenie, redakcję, druk, potem czeka 90-120 dni na opłacenie faktury. W sumie pieniądze z książki dostaje po dwóch latach od momentu jej zakupienia.

Z kolei zdaniem przedstawiciela hurtowni problem leży gdzie indziej – w tym mianowicie, że wydawcy jest wszystko jedno, gdzie sprzeda swoją książkę, czy będzie to sieciówka, czy niezależna księgarnia, czy Auchan. W kółko powracającym motywem dyskusji było pytanie o to, kto wywołał wojnę cenową. Zdaniem jednego z uczestników, póki mieliśmy w Polsce jedną sieciówkę, panował spokój, ale gdy weszła na rynek druga, zaczęły się kłopoty. Wydawcy dają też coraz większe rabaty sieciówkom, ulegając presji. Z kolei zdaniem pana z hurtowni winni są wydawcy, którzy wciskają swoje książki wszędzie, także w super niskich cenach do marketów.

Wydawcy szybko zaprotestowali, tłumacząc, że do marketów idą edycje limitowane, a poza tym markety zaopatrują się u hurtowników, nie wydawców. Sonia Draga przywołała historię książki Inferno, która wyszła w twardej oprawie i przez pierwsze trzy miesiące miała być sprzedawana tylko w księgarniach. Mimo to po dwóch tygodniach pojawiła się w Lidlu, gdyż hurtownik mimo braku zgody wydawnictwa wysłał tysiąc egzemplarzy do marketu. Informacja o książce trafiła do gazetki, zobaczyła to Biedronka i tak wybuchła wojna cenowa między hurtowniami i marketami.

Padła propozycja ze strony Sonii Dragi, by przy okazji najbliższych targów książki urządzić cykliczne, odbywające się co roku spotkania, gdzie branża mogłaby dyskutować o konkretnych problemach i szukać konkretnych rozwiązań.

Co można zrobić dla księgarni

Trudno powiedzieć, jak to wygląda wśród wszystkich księgarzy, ale najbardziej zainteresowana grupka obecna na dyskusji przede wszystkim życzyłaby sobie lepszej współpracy z wydawcami i wsparcia z ich strony w wyborze i promocji książek. Padło kilka pomysłów, co wydawcy mogą zrobić dla księgarni:

– dostarczyć egzemplarze recenzenckie książek;

– dostarczyć próbki książek;

– dostarczyć PDF-y książkowych nowości;

– dostarczyć audiobooki, które można by puszczać w tle w księgarniach;

– zapewnić materiały promocyjne wszelkiego rodzaju – plakaty, zakładki itd.;

– stworzyć bazę informacji o nowościach i starszych pozycjach.

Przede wszystkim zaś potrzebna jest chęć współpracy, bo jak tak słuchałam co niektórych wypowiedzi, miałam wrażenie, że na tym rynku wszyscy do wszystkich mają żal i tylko patrzą, na kogo by tu zrzucić winę za kolejne nieszczęścia. Z takim podejściem daleko zajść się nie da…

Najbardziej pewnie interesuje was, co księgarze myślą o ustawie o stałej cenie na nowości książkowe i czy jest ona w stanie rzeczywiście im pomóc. Trochę na ten temat dziś mówiono, ale prawdziwa dyskusja szykuje się jutro. Relacja oczywiście będzie.

Będzie też relacja z wrażeń ogólnych. Do przeczytania!

Advertisements

5 uwag do wpisu “WTK 2015 – księgarnie, które czytają i problemy chorego systemu. Dyskusja „Funkcjonowanie księgarń niezależnych na polskim rynku książki”

  1. „Bo bestsellery poradzą sobie zawsze, nawet gdyby nie było Empiku – 50 twarzy Greya rozłożone na łóżkach wzdłuż Marszałkowskiej sprzedawałoby się tak samo dobrze.” <3 pięknie podsumowane.

    To takie nawet pocieszające, że jak się przyjrzeć, to polskie czytelnictwo nie tylko ma problem w postaci "no bo ludzie nie czytają i w ogóle, no!"
    Co do Wrocławia, to o ile wiem jednak jest antykwariat na Szewskiej, w sercu miasta. Ale problem rozumiem. Byłą księgarnia tuż przy rynku kiedyś. Wykończono ją czynszami i chyba nic na dobre nie zagościło na jej miejscu. :(

    W ogóle źle się czuję próbując ustosunkować się do tematu przedstawionego, bo mi się lepiej czyta e-booki, a te wyrywam sobie na promocjach na Virtualo i Publio, więc… no nie wspieram specjalnie małych księgarni. :/ A antykwariaty lubię, ale głównie nabywam w nich mapy.

  2. To jak ja, też złośliwie kupuję e-booki ;) Ale wyjątkowo nie pojawiły żadne teksty w rodzaju „bo ludzie nie chcą czytać, źli, niedobrzy czytelnicy”!

    Szczerze, też w małych księgarniach nie kupuję, z tego prostego powodu, że rzadko sięgam po książki z „łapanki”. Raczej zależy mi na bardzo konkretnych tytułach/autorach. Po co więc mam iść do małej księgarni, skoro jest duża szansa, że tego, czego szukam, tam nie dostanę? Nawet w Empiku nie jest lepiej, wolę zamówić w Internecie.

    Ale do Baczyńskiego mam w sumie blisko, ładnie tam jest i sympatycznie, szkoda, gdyby go nie było.

    1. Ale chyba miedzy wypowiedziami złapałyśmy sedno sprawy. Ludzie teraz chcą czytać konkretne tytuły i ich szukają. O wiele rzadziej szukają jakiejkolwiek książki. Mała księgarnia o średnim zasobie książek na półkach w ten konkret ma mniejsze szanse się wstrzelić. Internetowa na przykład – większe. Ale z tego byłby wniosek, że czytelnicy powinni chcieć czytać cokolwiek, co będzie pod ręką, a nie wybrzydzać… tylko że raczej nie tędy droga.

      1. Oj no nie wiem właśnie. Jak tak czasem patrzę na „stosiki” różnych losowych ludzi w Internetach to widzę, że wiele z tych książek to nowości, nieźle rozstrzelone tematycznie i nie wykazujące żadnego wspólnego motywu przewodniego. Z drugiej strony – może to dlatego, że takie stosiki układają zwykle recenzenci, a oni biorą, co im wydawnictwo daje… W sumie ambitnych czytelników (powyżej 7 książek rocznie) jest tylko 12%, reszta może rzeczywiście wchodzi do księgarni i kupuje, co im ciekawego w oko wpadnie.

        Myślę, że są i tacy czytelnicy, i tacy. Niewątpliwie ci, którzy szukają bardzo konkretnych tytułów zawsze będą woleli Internet.

        Ktoś mógłby zbadać to zagadnienie, bo ciekawe.

  3. Pingback: Warszawskie Targi Książki 2015 – podsumowanie | Jak napiszę, to będzie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s