5. Warszawskie Targi Książki – debata o self-publishingu

W sobotę miałam okazję załapać się na targach na panel „Self-publishing – jak wydać się na własnych zasadach” – niestety tylko na pierwszą godzinę. Mam jednak wrażenie, że niewiele nowego w trakcie tej części dyskusji się urodziło, a wszystko rozbijało się o te same, wałkowane w kółko tematy. Mimo to dobrze, że parę rzeczy zostało powiedziane głośno i wyraźnie.

W debacie udział brali:
– Beata Wawryniuk z firmy PrEducation
– Małgorzata Sambor-Cao, autorka książki „Sapere Aude”
– Alex Barszczewski, autor książki „Sukces w relacjach międzyludzkich”
– Andrzej Palacz, redaktor naczelny „Wydawcy”
– Marcin Osman, autor książki „Sukces ci ucieka”
– Marcin Pietraszek z agencji Empemedia
– dr Paweł Kuczyński (jako moderator spotkania)

Panel dyskusyjny
Panel dyskusyjny

A spotkanie zorganizował serwis wydacksiazke.pl, który przygotowuje zarówno pliki ebookowe, jak i książki drukowane dla self-publisherów.

Dosyć długo przewijał się problem jakości – po obu stronach, bo self-publishingowe publikacje, przez nikogo niekontrolowane, wydawane przez zapatrzonych w siebie autorów zwykle są słabe merytorycznie i językowo; rynek zostanie zalany gniotami, a wydawca jest potrzebny, by stać na straży jakości. Z drugiej strony wydawca niekoniecznie pełni funkcję „sita”, przez które przechodzą tylko wartościowe pozycje – jeśli chłam się dobrze sprzedaje, wydawca czasem wybierze wydanie chłamu, by móc zarobić.

Tu gładko możemy przejść do drugiego tematu, czyli tego, jak w ogóle wygląda książkowy rynek. Self-publishing to szansa dla autorów, którzy tworzą dzieła niszowe, niekomercyjne czy w danym momencie niemodne. Padła opinia, iż wydawcy patrzą w przeszłość i teraźniejszość, by przygotowywać książki sprawdzone, które sprzedawały się w przeszłości lub sprzedają się w chwili obecnej. Self-publisher może tworzyć poza trendami. Ogólnie pojawiały się głosy, że self-publishing jest potrzebny właśnie tym autorom, którym nie udało dobić się do wydawcy nie dlatego, że ich książka jest słaba, ale dlatego, że np. w opinii wydawcy debiutant się nie sprzeda.

Przede wszystkim jednak pojawiła się dość dokładna definicja, czym właściwie self-publishing jest, a padła w odpowiedzi na pytanie z sali, co gdy pisarz chce się skupić na pisaniu, a nie myśleć o wszystkich aspektach wydawniczych:

Self-publishing, jak sama nazwa wskazuje, to samowydanie się, co oznacza, że autor musi wejść w rolę wydawcy. W self-publishingu trzeba się narobić, skierowany jest do tych, którym się chce. Self-publisher musi zadbać o korektę, redakcję, okładkę, promocję, przygotowanie plików, druku (część oczywiście może zlecić na zewnątrz – patrz wyniki tej ankiety). Dla tych, którym nie chce się tego robić, są wydawnictwa.

W ogóle dobitnie podkreślono, że w dyskusji mowa o prawdziwym, profesjonalnym self-publishingu, a nie ludziach, którzy wrzucają do Internetu słabo przygotowanego PDF-a, najeżonego błędami. Takie osoby psują całemu zjawisku opinię, choć tak naprawdę trudno nazwać ich self-publisherami.

Dyskusja wciąż jednak powracała do kwestii jakości wydania. Padło na przykład stwierdzenie, że osoba pisząca to nie pisarz (jakiś czas temu za wielką wodą dosyć gorąco dyskutowano nad tym, czy self-publisherów można nazywać pisarzami – trochę na ten temat pisałam tutaj). A także że szacunek dla czytelnika wymaga, by książka nie zawierała błędów. Trochę mnie zaskoczyło, że akurat pan reprezentujący wydacksiazke.pl bronił wydawania średnio profesjonalnie przygotowanych książek – ostatecznie stanęło na tym, że gdy wydajemy coś dla rodziny i przyjaciół, możemy sobie sprawdzanie literówek odpuścić… Osobiście stoję w obozie ludzi twierdzących, że autor, wydawca, self-publisher – ma szanować czytelnika. Padło też ciekawe stwierdzenie z sali, że jak kiedyś się kupowało książki z drugiego obiegu, to też były byle jak wydane, a się je czytało i błędy nikomu nie przeszkadzały. A także, że jak czytelnik idzie do księgarni, to nie kieruje się logiem wydawcy, tylko tym, czy go książka zainteresowała.

Ogólnie podobało mi się umiarkowanie optymistyczne podejście do sprawy – self-publishing to jakaś nowa forma wydawania, uzupełniająca rynek, a nie stojąca w kontrze do wydawców. A nowe możliwości są dobre, bo oznaczają rozwój rynku. Self-publishing to też niezła zabawa i przygoda dla tych, którzy chcą przekonać się, jak to jest samemu wydać książkę. Na pocieszenie powrócił też nieśmiertelny przykład Harry’ego Pottera, którzy był odrzucany przez wydawnictwa kilkanaście razy.

Self-publisherów reprezentowali Marcin Osman, który uspokajająco wyjaśnił, że swoją książkę sprzedaje się „jedna po drugiej”, Alex Barszczewski, który wydał swoją książkę sam, bo chciał nauczyć się czegoś nowego, zobaczyć, jak to się robi i miał przy tym sporo zabawy, oraz Małgorzata Sambor-Cao, która w przeciwieństwie do panów zajmuje się literaturą piękną, nie poradnikową (czy też – jak ktoś ładnie ujął – użytkową) i przypomniała, że sprzedaż beletrystyki to jednak zupełnie co innego. Na strony całej trójki zapraszam.

Zapraszam też zainteresowanych na stronę organizatora panelu – wydajeksiazki.pl.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s